gototopgototop

английский

итальянский

немецкий

нидерландский

датский

шведский

норвежский

исландский

финский

эстонский

латышский

литовский

греческий

албанский

китайский

японский

корейский

вьетнамский

лаосский

кхмерский

бирманский

тайский

малайский

яванский

хинди

бенгальский

сингальский

тагальский

непальский

малагасийский

Роман «Убить пересмешника» (Zabić Drozda) на польском языке читать онлайн

Книга «Убить пересмешника» (Zabić Drozda) на польском языке – читать онлайн, автор – Харпер Ли. Роман был написан в 1960-м году – это был период активной борьбы за права чернокожего населения США. Уже через год книга получила Пулитцеровскую премию, а ещё через год по роману «Убить пересмешника» (Zabić Drozda) был снят фильм. На сегодняшний день роман «Убить пересмешника» (Zabić Drozda) также не потерял своей актуальности, он входит в учебную программу школ США, занимает в различный рейтингах книг высокие позиции, был переведён на многие языки мира, в том числе и на польский.

 

Список другой литературы на польском языке можно читать онлайн в разделе «Книги на польском», а книги для детей и для начинающих учить польский – в разделе «Сказки и легенды на польском языке».

Для тех, кто больше любит слушать книги и раличные аудио истории для тренировки восприятия польской речи на слух, есть раздел «Аудиокниги на польском». Там в основном аудио истории для начинающих, но будут добавляться и другие аудиокниги, для более высокого уровня.

Для любителей польских фильмов создан раздел «Фильмы на польском», в котором можно смотртеь онлайн польские фильмы с субтитрами или без них.

Теперь переходим непосредственно к чтению I главы книги «Убить пересмешника» (Zabić Drozda) на польском языке, а ссылка на продолжение будет в конце этой страницы.

 

Zabić Drozda

 

Część pierwsza

 

I

 

Mając niespełna lat trzynaście, mój brat Jem doznał skomplikowanego złamania ręki w łokciu. Odkąd kości się zrosły i jego obawy, że nigdy nie będzie mógł grać w piłkę nożną, minęły, rzadko kiedy go żenują skutki tego złamania. Lewą rękę Jem ma teraz nieco krótszą od prawej i gdy stoi albo chodzi, dłoń odstaje mu od boku pod kątem prostym, a kciuk jest równoległy do biodra. Nigdy jednak nie przywiązywał do tego wagi, dopóki mu to nie przeszkadzało podawać i kopać piłki.

Z biegiem lat mogąc popatrzeć z perspektywy na wydarzenia, które doprowadziły do tego wypadku, nieraz je omawialiśmy. Moim zdaniem, zapoczątkowali to wszystko Ewellowie, ale Jem, starszy ode mnie o cztery lata, twierdził, że to się zaczęło grubo wcześniej. Że to się zaczęło w czasie tamtych wakacji, gdy po raz pierwszy przyjechał do nas Dill, bo to przecież Dill nam podsunął myśl, że dobrze byłoby doprowadzić do tego, by „Dziki” Radley się ujawnił.

Ja na to Jemowi powiedziałam, że jeśli on chce jeszcze szerzej ująć tę sprawę, to początek zrobił generał Andrew Jackson. Bo gdyby generał Jackson nie przegonił Krików przez ziemie Krików, to Simon Finch nigdy by nie przypłynął statkiem z kołem łopatkowym do stanu Alabama i w takim razie gdzie byśmy teraz byli my oboje? Zbyt już poważni, żeby rozstrzygać spory walką na pięści, odwołaliśmy się do Atticusa. Atticus orzekł, że i Jem ma rację, i ja mam rację.

Nasza rodzina wywodzi się z Południa, więc oczywiście niejednego z jej członków głęboko zawstydza fakt, że nie mamy żadnych przodków, którzy by czymkolwiek i po czyjejkolwiek stronie wsławili się w bitwie pod Hastings. Mamy tylko Simona Fincha, aptekarza z Kornwalii, który zastawiał sidła na króliki i żył z miłością do Boga w sercu, ustępującą jedynie miłości, jaką czuł do pieniądza. W Anglii denerwowało Simona prześladowanie tych, co zwali się metodystami, przez ich bardziej wolnomyślnych braci, a że sam też się zwał metodystą, więc w końcu popłynął za Atlantyk do Filadelfii, stamtąd ruszył na Jamajkę, potem do Mobile i dalej aż do St. Stephens. Pomny zastrzeżeń Johna Wesleya co do niepotrzebnego gadulstwa przy kupnie i sprzedaży, zbijał na lekach majątek, ale to zajęcie nie dawało mu szczęścia, gdyż obawiał się, że ulegnie pokusie i zacznie nosić zgoła – jak wiedział – nie na Chwałę Bożą złote pierścienie i kosztowne stroje. Żeby go więc nie kusiło, niepomny na to, co głosił jego nauczyciel o posiadaniu ruchomości pod postacią ludzi, kupił trzech niewolników i przy ich pomocy założył gospodarstwo nad rzeką Alabama, oddalone o jakieś czterdzieści mil od St. Stephens. Wrócił do St. Stephens tylko raz, żeby znaleźć sobie żonę, po czym z tąże żoną założył ród, który obfitował w córki. Simon dożył imponującego wieku i umarł bogato.

Utarło się, że synowie rodu pozostawali w gospodarstwie Simona, tak zwanej „Przystani Fincha”, utrzymując rodzinę z uprawy bawełny. Plantacja była samowystarczalna; chociaż skromna w porównaniu z cesarstwami, jakie rozciągały się wokoło, dawała wszystko, co potrzebne do życia, z wyjątkiem lodu, mąki pszennej i artykułów odzieżowych dowożonych statkami rzecznymi z Mobile.

Z bezsilną wściekłością Simon patrzyłby na zatarg Południa z Północą, który w wyniku odarł jego potomstwo ze wszystkiego oprócz ziemi; a przecież tradycja utrzymywania się z tej ziemi trwała nadal nienaruszona, sięgając daleko – w wiek dwudziesty aż do czasu, gdy mój ojciec wyjechał do Montgomery na studia prawnicze, a potem jego młodszy brat zaczął w Bostonie studiować medycynę. Finchem – dziedzicem Przystani – została ich siostra Alexandra. Wyszła ona co prawda za mąż, ale mąż jej rzadko zabierał głos i prawie całe dnie spędzał w hamaku nad rzeką zajęty jedynie problemem, czy dużo ryb się nałapało na jego rybackie sznury.

Mój ojciec wrócił z Montgomery już jako adwokat i otworzył kancelarię w Maycomb. Miasteczko Maycomb, w odległości dwudziestu mil od Przystani Fincha, to stolica hrabstwa Maycomb. W kancelarii Atticusa mieszczącej się w budynku sądu niewiele było rzeczy poza wieszakiem na kapelusze, spluwaczką, warcabnicą i czyściutkim kodeksem stanu Alabama. Jego pierwszymi klientami byli ostatni dwaj przestępcy, jakich powieszono w więzieniu naszego hrabstwa. Atticus dokładał wszelkich starań, żeby oni, korzystając z wielkoduszności prokuratora, przyjęli oskarżenie o morderstwo popełnione w afekcie i tym samym uniknęli kary śmierci, cóż kiedy to byli Haverfordowie, a nazwisko Haverford jest w hrabstwie Maycomb równoznaczne z osłem. Haverfordowie w wyniku nieporozumienia na temat jakoby nieuczciwego zatrzymania kobyły załatwili się raz-dwa z przodującym kowalem z Maycomb i nie dość że nieroztropnie zrobili to w obecności trzech świadków, ale jeszcze uparcie się łudzili, że argument – „dostał skurwysyn za swoje” – powinien każdemu sądowi wystarczyć. Tak gorąco obstawali przy obronie swego stanowiska w sprawie o morderstwo z premedytacją, że w rezultacie Atticus mógł tylko asystować przy ich odejściu z tego świata, w którym to wydarzeniu należy zapewne szukać źródła głębokiej odrazy mego ojca do zajmowania się sprawami kryminalnymi.

W ciągu pierwszych pięciu lat w Maycomb Atticus zajmował się głównie wiązaniem końca z końcem; przez kilka lat następnych łożył ze swych zarobków na wykształcenie brata. John Hale Finch, o dziesięć lat młodszy od mego ojca, uznał, że wtedy gdy się nie opłaca uprawiać bawełny, praktyczniej jest studiować medycynę. Jednakże po umożliwieniu wujowi Jackowi życiowego startu Atticus zaczął czerpać jakie takie dochody z prawa. Lubił Maycomb, w hrabstwie Maycomb urodził się i wychował; znał tu wszystkich i wszyscy znali jego, przy czym dzięki pracowitości Simona Fincha był spokrewniony bądź spowinowacony z niemal każdą rodziną w mieście.

Maycomb to stara mieścina, ale w czasach gdy stawiałam w niej pierwsze kroki, była swoją starością zmęczona; deszcz zamieniał jezdnie w brudne czerwone bajora; chodniki porastała trawa; budynek sądu chylił się pośrodku rynku. Jakoś było wtedy goręcej: otępienie przynosiły upalne dni lata; na rynku, w cieniu zawsze zielonych dębów, opędzały się od much kościste muły, uwiązane przy dwukołowych wózkach ogrodniczych. Sztywne kołnierzyki panów już o dziewiątej rano zupełnie wiotczały. Panie, chociaż odświeżały się kąpielą przed południem i drugą kąpielą po drzemce popołudniowej, były pod wieczór jak rozmiękłe pierniczki z lukrem z potu i wonnego talku.

Chodziło się w tamtych czasach powoli. Ludzie spokojnie przemierzali rynek, powłócząc nogami snuli się po sklepach i marudzili we wszystkim. Doba miała dwadzieścia cztery godziny, ale wydawała się dłuższa. Nikt się nie spieszył, bo nie było ani dokąd iść, ani co kupować, ani czym płacić i w ogóle nie istniało nic godnego uwagi poza granicami hrabstwa Maycomb. A przecież niosły te czasy jakąś nieokreśloną nadzieję dla pewnego odłamu tych ludzi; nie tak dawno im powiedziano, że jeśli w hrabstwie Maycomb jest czego się lękać, to tylko samego lęku.

Mieszkaliśmy na głównej ulicy willowej – Atticus, Jem i ja plus Calpurnia, nasza dochodząca kucharka. Z ojca oboje z Jemem byliśmy zupełnie zadowoleni, bawił się z nami, czytał nam, odnosił się do nas uprzejmie, bez żadnych osobistych uprzedzeń.

Gorzej było z Calpurnią. Calpurnia składała się z samych kantów i kości; miała krótki wzrok; miała zwyczaj przymrużania oczu; miała ręce szerokie jak boczne deski łóżka i twarde jak żelazo. Stale wypraszała mnie z kuchni, pytała, dlaczego nie jestem taka grzeczna jak Jem, chociaż wiedziała, że Jem jest starszy, i stale wołała mnie do domu w najbardziej nieodpowiednich chwilach. Walczyłam z Calpurnią bohatersko, równie dobrze jednak mogłabym walić głową o mur. Calpurnia zawsze zwyciężała, bo Atticus zawsze przyznawał rację Calpurni. Pracowała u nas od narodzin Jema i odkąd pamiętam, czułam na każdym kroku te tyrańskie rządy.

Nasza mama umarła, gdy miałam dwa lata, więc nie uświadamiałam sobie jej braku. Była panną Graham z Montgomery. Atticus wybrany do legislatury stanu pojechał do Montgomery i tam ją poznał. O piętnaście lat starszy od niej, już wtedy był w średnim wieku. Jem przyszedł na świat pod koniec pierwszego roku ich małżeństwa; w cztery lata później urodziłam się ja, a jeszcze w dwa lata później mama nagle umarła na serce. Podobno to dziedziczne w jej rodzinie. Nie tęskniłam do mamy, ale myślę, że Jem tęsknił. Świetnie ją pamiętał i czasem w środku zabawy zaczynał ni stąd, ni zowąd wzdychać i wzdychać, a potem odchodził i bawił się już sam za garażem. Byłam na tyle rozsądna, że wolałam mu wówczas nie przeszkadzać.

Gdyśmy mieli – ja niecałe sześć lat, a Jem niecałe dziesięć, granicami naszego letniego wybiegu (w zasięgu głosu Calpurnii) był z jednej strony dom pani Henry Lafayette Dubose stojący o jedną posesję dalej na północ i z drugiej strony posesja Radleyów, o dwa domy dalej na południe. Nawet w najśmielszych snach nie próbowaliśmy przekroczyć tych granic. W domu Radleyów mieszkał stwór, którego sam opis wystarczał, żebyśmy przez kilka dni pod rząd zachowywali się idealnie; pani Dubose była diabłem wcielonym.

Właśnie tamtego lata zjawił się Dill.

Pewnego dnia wczesnym rankiem, ledwieśmy zaczęli jak co dzień bawić się w ogrodzie za domem, usłyszeliśmy, że coś chrzęści na zagonie kapusty karaibskiej u naszej sąsiadki, panny Rachel Haverford. Podeszliśmy do ogrodzenia z drutu, prawie pewni, że to szczeniak – bo ratlerka panny Rachel miała zostać matką – ale zamiast szczeniaka zobaczyliśmy kogoś, kto tam siedział i patrzył na nas. Siedząc niewiele był większy od tej kapusty. Gapiliśmy się na niego, dopóki nie przemówił:

– Hej!

– Hej tobie – jowialnie odpowiedział Jem.

– Nazywam się Charles Baker Harris – oznajmił nam nieznajomy. – Umiem czytać.

– No to co? – zapytałam.

– Myślałem, że się ucieszycie. Bo jak potrzebne wam będzie czytanie, to ja mogę.

– Ile masz lat? – zapytał Jem. – Cztery i pół?

– Niedługo siedem.

– Ojej, wielka mi rzecz. – Jem machnął kciukiem w moim kierunku. – Smyk, ta tutaj, czyta od urodzenia, a jeszcze nawet nie zaczęła chodzić do szkoły. Malec z ciebie, jak na niedługo siedem lat.

– Jestem mały, ale nad wiek rozwinięty.

Jem odgarnął włosy z czoła, żeby mu się lepiej przyjrzeć.

– Może przejdziesz do nas, ty Charles Baker Harris – powiedział. – Boże święty, ale się nazywasz.

– Nie śmieszniej niż ty. Ciocia Rachel mówi, że ty się nazywasz Jeremy Atticus Finch.

Jem się skrzywił.

– Do takiego dużego, jak ja, to pasuje – zauważył. – Ale tobie po co taki długi pacierz. Założę się, że o stopę dłuższy od ciebie.

– Wołają na mnie Dill – powiedział Dill, z pewnym wysiłkiem gramoląc się pod ogrodzeniem.

– Lepiej górą, nie dołem – doradziłam. – Skąd jesteś?

Dill nas poinformował, że jest z Meridian w stanie Missisipi i przyjechał na lato do swojej cioci Rachel, żeby już co rok tu przyjeżdżać. Jego rodzina pochodzi z hrabstwa Maycomb i jego mama pracuje w Meridian u fotografa, więc posłała jego zdjęcie na konkurs na najpiękniejsze dziecko i wygrała pięć dolarów. Dała Dillowi te pieniądze i on dwadzieścia razy poszedł za to do kina.

– My tutaj nie mamy żadnych kin, tylko czasem o Jezusie w sądzie – powiedział Jem. – Byłeś na jakim dobrym filmie?

Dill był na „Drakuli” – rewelacja dostateczna, by Jem popatrzył na niego z zaczątkiem szacunku.

– Opowiedz.

Dill stanowił osobliwość. Miał na sobie króciutkie niebieskie spodenki przypięte na guziki do bluzki i włosy miał śnieżnie białe, oblepiające mu głowę jak kaczy puch. Chociaż o rok był starszy ode mnie, znacznie przewyższałam go wzrostem. W czasie opowiadania tej starej historii niebieskie oczy to jaśniały mu, to ciemniały z przejęcia; wybuchał raptownym serdecznym śmiechem; pociągał się bezwiednie za piórko swych białych włosów sterczące w odwrotnym kierunku nad samym środkiem czoła.

Gdy już obrócił księcia Drakulę w proch i Jem zaopiniował, że to w kinie ładniejsze niż w książce, zapytałam, gdzie jest Dilla ojciec.

– O ojcu nic nam nie powiedziałeś.

– Bo nie mam.

– Umarł?

– Nie...

– Więc jak nie umarł, to masz.

Dill się zaczerwienił, a Jem kazał mi być cicho, co było wyraźnym sygnałem, że Dill został oszacowany i uznany za godnego.

Lato później płynęło wśród zwykłych przyjemności. To znaczy jak zwykle wprowadzaliśmy ulepszenia w naszym domku na splatających się konarach dwóch bliźniaczych drzew tropikalnych w ogrodzie za domem, awanturowaliśmy się o byle co, odgrywaliśmy według listy jeden po drugim dramaty oparte na dziełach Olivera Optica, Victora Appletona i Edgara Rica Burroughsa. W tym zakresie Dill okazał się bardzo szczęśliwym nabytkiem. Grał role, które dotychczas z musu grałam ja – małpę w „Tarzanie”, pana Crabtree w „Wędrowcach”, pana Damona w sztuce „Tom Swift”. Szybko Dill dał się poznać jako kieszonkowy Merlin z głową pełną cudacznych projektów, dziwnych tęsknot i baśniowych fantazji.

Ale przy końcu sierpnia wielokrotnie powtarzany repertuar już nam się przejadł i właśnie wtedy Dill zaczął myśleć, co zrobić, żeby „Dziki” Radley wyszedł z ukrycia.

Posesja Radleyów urzekała Dilla. Pomimo naszych przestróg i perswazji przyciągała go jak księżyc przyciąga wodę, z tym jednak, że to przyciąganie kończyło się pod latarnią stojącą na rogu w bezpiecznej odległości od furtki Radleyów. Tam Dill stawał, obejmował słup latarni, patrzył i dumał.

Wysunięty skraj posesji Radleyów tworzył ostry zakręt za naszym domem. Idąc na południe widziało się ganek ich domu w prostej linii przed sobą; potem chodnik zakręcał i biegł wzdłuż ich ogrodu. Dom był niski, niegdyś biały, z głębokim frontowym gankiem i z okiennicami pomalowanymi niegdyś na zielono, ale już dawno ściemniałymi pod kolor łupkowoszarej roślinności wokoło. Nad okapem ganku osuwały się gonty przegniłe od deszczu, dęby nie dopuszczały tam słońca. Resztki palików chwiejnie strzegły „wymiecionego”, jak to się pisze w powieściach, podjazdu, którego nigdy nie wymiatano i na którym bujnie krzewiły się chwasty i dziki tytoń.

W domu Radleyów mieszkało złe widmo. Ludzie mówili, że to żywy człowiek, ale myśmy z Jemem nigdy go nie widzieli. Ludzie mówili, że on wychodzi nocą przed zachodem księżyca i zagląda do okien. Jeśli w czasie przymrozków zwarzyły się czyjeś azalie, to tylko dlatego, że on na te azalie oddychał. Jego też dziełem były wszelkie pomniejsze, cichaczem wyrządzone szkody. Kiedyś zgrozę w miasteczku wywołał szereg okropnych wydarzeń: kury i domowe zwierzęta znajdowano rankiem okaleczone; chociaż wyszło na jaw, że sprawcą jest pomylony Addie, który w końcu utopił się w Piekarskiej Topieli, ludzie nie przestali spoglądać podejrzliwie w stronę posesji Radleyów. Żaden Murzyn za nic w świecie nie przeszedłby tamtędy po zapadnięciu zmroku inaczej niż przeciwległym chodnikiem, a i to z pogwizdywaniem, żeby odżegnać zmory. Tyły posesji sąsiadowały bezpośrednio z boiskiem szkoły w Maycomb; orzechy z wielkich wysokich Grzeszników rosnących na podwórku Radleyów spadały na boisko, ale żadne dziecko by ich nie podniosło, bo „zabiłyby cię te orzechy”. Piłki, które w czasie baseballu przypadkiem trafiły tam na podwórko, były piłkami straconymi bezpowrotnie i nikt nie pytał, dlaczego.

Niedola tego domu zaczęła się na wiele lat przed czasami Jema i moimi. Radleyowie, chociaż wszędzie w miasteczku chętnie by ich przyjmowano, trzymali się na uboczu – upodobanie w Maycomb niewybaczalne. Zamiast chodzić do kościoła, co było główną rozrywką Maycomb, modlili się w domu, pani Radley rzadko, jeśli już w ogóle pokazywała się na ulicy w drodze na poranną kawę u którejś z sąsiadek i z pewnością nie należała do żadnego kółka misyjnego. Pan Radley wychodził do miasta co dzień o godzinie jedenastej trzydzieści przed południem, żeby wrócić nie później niż o dwunastej, czasem z brązową papierową torbą, w której może, jak przypuszczali sąsiedzi, przynosił wiktuały dla rodziny. Nigdy nie mogłam pojąć, w jaki sposób pan Radley zarabia na jej utrzymanie – Jem twierdził, że on „kupuje bawełnę”, tym uprzejmym określeniem tylko potwierdzając jego nieróbstwo – ale fakt faktem, że pan Radley mieszkał w tym domu z żoną i dwoma synami od niepamiętnych czasów.

Drzwi i okiennice były tam zamknięte w niedziele, jeszcze jedna rzecz obca obyczajom Maycomb, gdzie zamykano się w domach tylko w wypadku choroby albo wyjątkowego zimna. A już ze wszystkich dni tygodnia właśnie niedziela była dniem składania towarzyskich popołudniowych wizyt, panie chodziły w gorsetach, panowie chodzili w surdutach, dzieci chodziły w bucikach. Nikomu jednak z sąsiadów nie przyszłoby do głowy w niedzielne popołudnie wejść z okrzykiem „Hee-ej!” na frontowe schodki Radleyów. Zwykłych drzwi z siatką zatrzymującą owady, i tym samym pozwalającą drzwi drewniane zostawiać otwarte, w ogóle tam nie było. Gdy zapytałam Atticusa, czy może kiedyś były, tylko teraz ich nie ma, Atticus odpowiedział, że owszem, były, ale dawno, zanim ja przyszłam na świat.

Krążyła w okolicy legenda, że młodszy syn państwa Radley mając lat kilkanaście zaprzyjaźnił się z paroma chłopcami, z ogromnej, oszałamiająco rozgałęzionej rodziny Cunninghamów, zamieszkałej w Old Sarum na północy hrabstwa, i zgrana ich paczka stała się czymś najbardziej w całej historii Maycomb zbliżonym do gangu. Robili oni niewiele, ale dosyć, żeby rozprawiano o nich w miasteczku i publicznie ich przestrzegano z trzech ambon: kręcili się koło zakładu fryzjerskiego, jeździli w niedzielę autobusem do Abbottsville do kina, chodzili na tańce do nadrzecznej, okrzyczanej w hrabstwie jaskini hazardu „Gospoda Pod Kroplą Rosy i Obóz Rybacki”, eksperymentowali z nielegalnie pędzoną whisky. Nikt w Maycomb nie miał odwagi powiedzieć panu Radleyowi, że jego syn wpadł w nieodpowiednie towarzystwo.

Aż tu pewnego wieczora ci chłopcy w wyjątkowym przypływie animuszu zaczęli pożyczonym starym samochodem jeździć tyłem po rynku i gdy pan Conner, sędziwy woźny sądu, chciał ich aresztować, stawili mu opór, po czym zamknęli go w sadzie. W miasteczku zawrzało, pan Conner powiedział, że wie, gdzie każdego z nich szukać, i że jak pragnie zdrowia, nie ujdzie im to płazem, więc ostatecznie chłopcy z braku sędziego dla nieletnich stanęli przed sędzią dla spraw spadkowych oskarżeni o awanturnictwo, zakłócenie porządku publicznego, napad z pobiciem i wykrzykiwanie obelg i bluźnierstw w obecności kobiet. Sędzia zapytał, na czym pan Conner opiera to ostatnie oskarżenie; tak głośno przeklinali – odpowiedział pan Conner – że na pewno ich słyszała każda pani w Maycomb. Sędzia zadecydował, że należy chłopców wysłać do stanowej szkoły technicznej, do której i tak niejedni rodzice oddawali syna, choćby tylko po to, by mu zapewnić wikt i przyzwoity dach nad głową; to wcale nie było równoznaczne z więzieniem i nie przynosiło żadnej ujmy. Pan Radley jednak uważał, że to przynosi ujmę. Zobowiązał się, że jeśli sędzia zwolni Arthura, on sam dopilnuje, żeby Arthur nie sprawiał już żadnych kłopotów. Wiedząc, że słowo pana Radleya wystarczy za kaucję, sędzia chętnie się zgodził. Tamci chłopcy ukończyli szkołę techniczną i tym samym otrzymali najlepsze wykształcenie średnie, jakie można było wtedy otrzymać w stanie Alabama; jeden z nich później odbył nawet studia na politechnice w Auburn. Natomiast drzwi Radleyów były zamknięte zarówno w dni powszednie, jak w niedzielę, i tego syna pana Radleya nie widział odtąd nikt przez lat piętnaście.

A przecież nadszedł dzień, i to już za pamięci Jema, gdy Dziki Radley dał się słyszeć i widzieć kilku osobom, chociaż co prawda nie Jemowi. Jem powiedział, że Atticus nigdy nie lubił dużo mówić o Radleyach i nieraz upominał Jema, żeby Jem interesował się własnymi sprawami, a interesowanie się sprawami Radleyów pozostawiał Radleyom, bo tylko oni mają do tego prawo; ale gdy stała się ta rzecz – opowiadał Jem – Atticus potrząsnął głową i powiedział: „mm, mm, mm”.

Toteż większość wiadomości Jem uzyskał od panny Stephanie Crawford, miasteczkowej plotkary, która powiedziała, że oczywiście zna tę całą historię. Arthur, jak mówiła, siedział w bawialni i wycinał artykuły z „Trybuny Maycomb”, żeby je wkleić do swego albumu. Pan Radley wszedł do bawialni. Gdy przechodził obok syna, Arthur wbił mu w nogę nożyczki, wyciągnął je i wytarł o spodnie, po czym znów zajął się wycinankami.

Pani Radley wybiegła na ulicę z krzykiem, że Arthur ich wszystkich pozabija, ale gdy przybył szeryf, Dziki nadal siedział w bawialni i ciął „Trybunę”. Miał wtedy trzydzieści cztery lata.

Panna Stephanie opowiadała, że stary pan Radley, gdy mu napomknięto, że pobyt w Tuscaloosa może by dobrze Arthurowi zrobił, oświadczył, że żaden Radley do żadnego szpitala wariatów nie pójdzie. Arthur nie jest pomylony, jest tylko czasem podenerwowany. Można go zamknąć – ustąpił pan Radley, nalegając jednak, by Arthura nie stawiano przed sądem, bo to nie zbrodniarz. Szeryf nie miał serca wsadzić syna pana Radleya do więzienia razem z Murzynami, więc zamknięto Arthura w suterenie sądu.

Dzień jego powrotu z tej sutereny do domu Jem przypominał sobie jak przez mgłę. Panna Stephanie Crawford opowiadała, że ktoś z Rady Miejskiej powiedział panu Radleyowi, że jeśli on nie odbierze Arthura, to Arthur zapleśnieje tam na śmierć w takiej wilgoci. Poza tym Arthur nie może wiecznie żyć ze szczodrobliwości hrabstwa.

Nie wiadomo, jaką formę zastraszania stosował pan Radley, żeby Dziki nie pokazywał się nikomu, ale Jem przypuszczał, że najprawdopodobniej całymi dniami trzyma się go przykutego łańcuchem do łóżka. Atticus powiedział, że nie, wcale tak nie jest, i że bywają różne sposoby zamieniania ludzi w duchy.

Odnajduję w pamięci obraz pani Radley od czasu do czasu otwierającej drzwi frontowe i ze skraju ganku podlewającej kanny. Ale pana Radleya widywaliśmy oboje z Jemem codziennie w drodze do miasta i z miasta. Był chudy, łykowaty, o oczach, których bezbarwność nieomal nie odbijała światła. Miał wydatne kości policzkowe i duże usta z górną wargą wąziutką, a dolną pulchną. Panna Stephanie Crawford mawiała: „W swojej uczciwości jest tak prosty, że jedynym dla niego prawem jest Słowo Boże”, i myśmy jej wierzyli, bo pan Radley trzymał się prosto jakby połknął kij.

Nigdy nie odzywał się do nas. Gdy przechodził, mówiliśmy mu, patrząc w ziemię: „Dzień dobry panu”, ale on tylko kaszlał w odpowiedzi. Starszy jego syn mieszkał w Pensacola; przyjeżdżał do domu co rok na Boże Narodzenie, więc był jednym z tych nielicznych, jakich zdarzało nam się widzieć w furtce ich ogrodu. Odkąd pan Radley odebrał Arthura z sutereny sądu, mówiono w miasteczku, że dom Radleyów to grób.

Pewnego jednak dnia Atticus zapowiedział, że nas obedrze ze skóry, jeśli będziemy hałasować w ogrodzie, i polecił Calpurnii, by go zastąpiła w razie jakichkolwiek hałasów, gdy on jest nieobecny. Pan Radley umierał.

Nie spieszyło mu się na tamten świat. Drewniane kozły zagradzały jezdnię wzdłuż posesji Radleyów, na chodniku leżała słoma, ruch uliczny kierowano na przecznicę. Doktor Reynolds zostawiał samochód przed naszym domem i do Radleyów szedł pieszo. Przez wiele dni skradaliśmy się z Jemem cichutko po własnym ogrodzie. Aż w końcu zniknęły z jezdni te kozły i zobaczyliśmy z werandy, jak pan Radley odbywa swą ostatnią drogę koło naszego domu.

– I już po nim. Po tym największym nikczemniku, w jakiego Pan Bóg tchnął życie – szepnęła Calpurnia i w zadumie splunęła w ogród.

Patrzyliśmy na nią zaskoczeni, bo rzadko kiedy pozwalała sobie na krytykowanie białych.

W okolicy spodziewano się, że teraz gdy pan Radley odszedł, Dziki wyjdzie, wcale tak jednak nie było; starszy syn wrócił z Pensacola i zajął miejsce pana Radleya. Różnił się od ojca tylko wiekiem. Jem powiedział, że pan Nathan Radley też „kupuje bawełnę”. Ale pan Nathan odzywał się do nas, gdyśmy mówili mu „dzień dobry”, i czasem widywaliśmy, jak wracał do domu z jakimiś czasopismami.

Im więcej opowiadaliśmy Dillowi o Radleyach, tym dokładniej Dill chciał wszystko wiedzieć, tym dłużej stał przytulony do latarni na rogu, tym głębiej się zastanawiał.

– Ciekawe, co on tam robi – mamrotał. – Zdaje mi się, że wysunął głowę zza drzwi.

Jem poinformował:

– On wychodzi, owszem, ale kiedy jest ciemniusieńko. Panna Stephanie Crawford opowiadała, że raz zbudziła się w środku nocy i patrzy, a on idzie prosto na nią przez okno... Opowiadała, że zamiast głowy miał trupią czaszkę z wyszczerzonymi zębami... Tyś nigdy nie budził się w głuchą noc i go nie słyszał, Dill? On tak suuunie... – Jem jak po lodzie przejechał się po żwirze alejki. – Myślisz, że dlatego panna Rachel zamyka dom wieczorem na wszystkie spusty? Widziałem dużo razy jego ślady w naszym ogrodzie rano, a raz w nocy nawet słyszałem, jak on drapie w drzwi z siatką, tylko że kiedy Atticus tam poszedł się przekonać, jego już nie było.

– Ciekawe, jaki on jest – mamrotał Dill.

Jem z pewnym umiarem podał rysopis Dzikiego Raddleya: sześć i pół stopy wzrostu, jak wynika ze śladów. Dziki zjada na surowo wszystkie wiewiórki i koty, które udaje mu się złapać, dlatego ma takie zakrwawione ręce... no, bo jeżeli się je surowe zwierzęta, trudno potem domyć tę krew. Na twarzy Dziki ma długą poszarpaną bliznę, zębów ma tylko resztki, żółte i spróchniałe, oczy wyłupiaste i wciąż się ślini.

– To spróbujmy coś zrobić, żeby wyszedł – powiedział Dill. – Strasznie bym chciał go zobaczyć.

Jem powiedział, że skoro Dill tak bardzo szuka śmierci, niech tam pójdzie i zastuka do drzwi frontowych.

Nasz pierwszy nalot doszedł do skutku tylko dlatego, że Dill stawiając „Szarego Upiora” za dwóch „Tomów Swiftów” założył się z Jemem, że Jem nie przejdzie przez furtkę Radleyów. W życiu swoim Jem jeszcze nigdy nie odrzucił wyzwania.

Myślał Jem o tym przez trzy dni. Przypuszczam, że honor był mu droższy niż głowa, gdyż Dill złamał go z łatwością.

– Masz stracha – powiedział Dill pierwszego dnia.

– Nie stracha, tylko szacunek dla starszych – sprostował Jem.

Na drugi dzień Dill powiedział:

– Tak się boisz, że nawet dużego palca jednej nogi tam nie wsuniesz.

Jem odrzekł, że raczej na pewno się nie boi: do szkoły i ze szkoły chodzi codziennie obok posesji Radleyów.

– Zawsze biegiem – uzupełniłam.

Ale na trzeci dzień Dill już go miał, ledwie powiedział, że ludzie w Meridian na pewno tak się nie trzęsą ze strachu, jak ludzie w Maycomb i że w ogóle to on nigdzie nie widział takich tchórzów, jak ludzie w Maycomb.

To wystarczyło, żeby Jem pomaszerował do rogu, gdzie zatrzymał się jednak i oparty o słup latarni utkwił wzrok w furtce krzywo zwisającej na domowej roboty zawiasach.

– Mam nadzieję, że dotarło do twojej mózgownicy, że on zabije nas wszystkich – oświadczył, gdyśmy stanęli przy nim. – Tylko nie miej pretensji do mnie, kiedy on ci wyłupi oczy. Sam zacząłeś, pamiętaj.

– Ciągle jeszcze ma stracha – wymamrotał anielsko cierpliwy Dill.

Jem zażądał, żeby Dill pojął raz na zawsze, że on, Jem, nie ma stracha przed niczym.

– Tylko nie bardzo wiem, jak to zrobić, żeby on wyszedł, ale nas nie złapał – wyjaśnił i dodał, że poza tym musi przecież myśleć o swojej małej siostrzyczce.

Słysząc to nabrałam pewności, że Jem się boi. Ostatnio musiał myśleć o swojej małej siostrzyczce, gdy go wyzwałam, żeby skoczył z dachu. „Jeżeli się zabiję, co z tobą będzie?” – zapytał. Potem skoczył, wylądował bez szwanku i poczucie odpowiedzialności za siostrzyczkę opuściło go, by powrócić dopiero teraz w zestawieniu z posesją Radleyów.

– Więc się wycofujesz? – zapytał Dill. – Jeżeli tak, no to...

– Dill, trzeba myśleć o takich rzeczach – powiedział Jem. – Daj mi się chwilę skupić... to coś tak, jak z żółwiem, kiedy się chce, żeby on się wysunął z...

– Jak to się robi? – zapytał Dill.

– Zapala się pod nim zapałkę.

Poczułam się w obowiązku uprzedzić, że jeśli Jem podpali dom Radleyów, poskarżę Atticusowi.

Dill uznał, że zapalenie zapałki pod żółwiem to ohyda.

– Nie ohyda, tylko sposób namówienia... Przecież to nie to samo, co wrzucić go w ogień – warknął Jem.

– Skąd wiesz, że zapałka go nie zaboli?

– Żółwie nie czują, ty baranie – powiedział Jem.

– Byłeś kiedy żółwiem, co?

– Na Jowisza, Dill. Daj mi się skupić... Można by go też zahuśtać...

Jem stał pogrążony w myślach, dopóki Dill nie zmiękł trochę.

– Już nie powiem, że się wycofujesz i wymienię z tobą „Szarego Upiora”, tylko idź tam i zaklep dom.

Jem się rozpromienił.

– Zaklepać i nic więcej?

Dill przytaknął.

– Na pewno nic? Żebyś mi zaraz nie wołał o coś jeszcze, kiedy wrócę.

– Nic więcej – zapewnił Dill. – Bo prawdopodobnie on wyleci za tobą, jak cię zobaczy w swoim ogrodzie, i wtedy ja ze Smykiem go dopadniemy i będziemy trzymać, aż mu się wyraźnie powie, że nie chcemy mu zrobić żadnej krzywdy.

Z rogu przeszliśmy na drugą stronę bocznej uliczki biegnącej przed domem Radleyów i stanęliśmy przy ich furtce.

– No, idź – powiedział Dill. – Smyk i ja jesteśmy blisko.

– Nie widzisz, że idę – obruszył się Jem. – Nie popędzaj mnie.

Przeszedł do końca płotu i z powrotem do furtki, marszcząc czoło, drapiąc się po głowie, badając ten najzwyklejszy w świecie teren, jak gdyby się zastanawiał, którędy najlepiej tam wejść.

Wtedy zaczęłam z niego szydzić.

Gwałtownie otworzył furtkę, pomknął do bocznej ściany domu, klepnął ją dłonią i zawrócił; śmignął koło nas i nawet się nie obejrzał, czy jego wyczyn odniósł jakiś skutek. Dill i ja deptaliśmy mu po piętach. Zdyszani, bez tchu wbiegliśmy szczęśliwie na naszą werandę i obejrzeliśmy się dopiero wtedy.

Stary dom stał tak samo, jak przedtem, chylący się i zmurszały, ale patrząc tam doznaliśmy wrażenia, że w jednym z okien wewnętrzna okiennica się porusza. Mignięcie. Przelotny, prawie niewidoczny ruch i dom znowu był martwy.

 

Читайте дальше продолжение романа «Убить пересмешника» (Zabić Drozda) на польском языке – глава II, а другие романы, повести, рассказы и т.д. можно читать онлайн в разделе «Книги на польском».

 

французский

испанский

португальский

польский

чешский

словацкий

венгерский

румынский

болгарский

словенский

сербский

хорватский

македонский

иврит

турецкий

арабский

фарси

урду

пушту

молдавский

украинский

белорусский

русский

грузинский

армянский

азербайджанский

узбекский

казахский

киргизский

монгольский

Изучение иностранных языков - новое

Уроки иностранных языков онлайн

Изучение какого иностранного языка сейчас Вас более всего интересует?