gototopgototop

английский

итальянский

немецкий

нидерландский

датский

шведский

норвежский

исландский

финский

эстонский

латышский

литовский

греческий

албанский

китайский

японский

корейский

вьетнамский

лаосский

кхмерский

бирманский

тайский

малайский

яванский

хинди

бенгальский

сингальский

тагальский

непальский

малагасийский

Роман «Сто лет одиночества» (Sto lat samotności) на польском языке читать онлайн

Книга «Сто лет одиночества» (Sto lat samotności) на польском языке – читать онлайн, автор романа – Габриэль Гарсиа Маркес. Это наиболее известное произведение Габриэля Гарсии Маркеса, и один из самых известных романов жанра магический реализм. Книга была переведена на десятки самых распрстранённых языков мира, в том числе и на польский. На этой странице выложена I глава романа «Сто лет одиночества» (Sto lat samotności) на польском языке, в конце страницы будет ссылка на вторую главу книги.

Большой список другой литературы на польском языке можно читать онлайн в разделе «Книги на польском», а книги для детей и для начинающих учить польский – в разделе «Сказки и легенды на польском языке».

Для тех, кто больше любит слушать книги, есть раздел «Аудиокниги на польском».

Для любителей польских фильмов создан раздел «Фильмы на польском».

Теперь переходим непосредственно к чтению книги «Сто лет одиночества» (Sto lat samotności) на польском языке.

 

Sto lat samotności

 

I

 

Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyj­nego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód. Macondo było wówczas niewielką osadą - dwadzieścia chat z trzciny ob­lepionej gliną, zbudowanych na brzegu rzeki, której prze­zroczyste wody bystro toczyły się po gładkich białych kamie­niach koryta, wielkich jak jaja przedhistorycznych ptaków. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem. Co roku w marcu rodzina Cyganów rozbijała namiot niedaleko wioski i pośród zgiełku piszczałek i bębnów prezentowała mieszkań­com nowe wynalazki. Najpierw przywieźli magnes. Krępy Cygan imieniem Melquiades, z krzaczastą brodą i rękami jak łapki wróbla, dał imponujący pokaz czegoś, co sam nazwał ósmym cudem świata wymyślonym przez uczonych alchemi­ków z Macedonii. Chodził od domu do domu ciągnąc za sobą dwie metalowe sztaby i wszystkich ogarniało przeraże­nie na widok spadających ze swego miejsca rondli, kotłów, obcęgów i fajerek; drewno trzeszczało, bo gwoździe i śruby rozpaczliwie usiłowały się wyrwać, a zagubione od dawna przedmioty ukazywały się gdzieś, gdzie już tysiące razy bezskutecznie ich szukano, wlokąc się hałaśliwie za magicz­nym żelazem Melquiadesa. „Przedmioty mają własne życie - wołał Cygan swoim twardym akcentem - trzeba tylko obudzić w nich duszę". Jose Arcadio Buendia, którego nieokiełznana wyobraźnia daleko wybiegała poza działanie i prawa natury, a czasami nawet także poza dziedzinę cudów i magii, pomyślał, że można by posłużyć się tym bezużytecz­nym wynalazkiem do wydobywania złota z ziemi. Melquiades, który był człowiekiem uczciwym, uprzedził go: „Do tego się nie nadaje". Ale Jose Arcadio Buendia me wierzył w owym czasie w uczciwość Cyganów, toteż wymienił swego muła i stadko kóz na tamte dwie namagnetyzowane sztabki. Nie zdołała go od tego odwieść jego żona, Urszula Iguaran, która liczyła na te zwierzęta, by pomnożyć uszczup­lony inwentarz domowy. „Wkrótce będziemy mieć dosyć złota na wybrukowanie całego domu" - odpowiedział jej mąż. Przez wiele miesięcy zawzięcie starał się udowodnić słuszność swoich przypuszczeń. Piędź po piędzi przeszukał całą okolicę, a nawet dno rzeki, ciągnąc za sobą dwie żelazne sztabki i recytując na głos zaklęcie Melquiadesa. Jedyną rzeczą, jaką udało mu się wykopać, była zardzewiała zbroja z XV wieku, której wszystkie części zlutowała rdza i która za potrząśnięciem wydawała głuchy grzechot, niby olbrzymia wydrążona dynia pełna kamieni. Kiedy Jose Arcadio Bu­endia i czterej jego ludzie należący do wyprawy zdołali rozebrać zbroję, znaleźli wewnątrz zwapniały szkielet z za­wieszonym na szyi miedzianym relikwiarzem zawierającym pasmo włosów kobiecych.

W marcu powrócili Cyganie. Tym razem przywieźli tele­skop i lupę wielkości bębna. Pokazywali to jako ostatnie odkrycie Żydów z Amsterdamu. Posadzili jedną z Cyganek na końcu wsi i zainstalowali teleskop u wejścia do swego namiotu. Za opłatą pięciu realów ludzie patrzący przez teleskop widzieli Cygankę tak blisko, że wydawała się niemal w zasięgu ręki. „Nauka wyeliminowała odległość – głosił Melquiades. Wkrótce człowiek nie wychodząc z domu będzie mógł zobaczyć, co się dzieje w każdym zakątku świata". Któregoś dnia, w samo południe. Cyganie urządzili zadziwia­jącą demonstrację olbrzymiej lupy: ułożyli stertę siana na środku ulicy i zapalili ją za pomocą zogniskowanych pro­mieni słonecznych. Jose Arcadio Buendia, wciąż jeszcze niepocieszony po klęsce z magnesem, wpadł na pomysł wykorzystania nowego wynalazku jako broni wojennej. Mel­quiades znowu usiłował wybić mu to z głowy, w końcu jednak przyjął z powrotem dwie namagnetyzowane sztabki i trzy kolonialne monety w zamian za lupę. Urszula szlochała w bezsilnej rozpaczy. Te pieniądze pochodziły z kuferka ze złotymi monetami, które jej ojciec zbierał przez całe swoje pełne wyrzeczeń życie i które ona zakopała pod łóżkiem w oczekiwaniu jakiejś dobrej okazji, aby je zainwestować. Jose Arcadio Buendia nie próbował nawet jej pocieszać oddany bez reszty swoim eksperymentom taktycznym z po­święceniem prawdziwego człowieka nauki, a często nawet z narażeniem życia. Aby wykazać skuteczność lupy przeciw­ko wojsku nieprzyjaciela, wypróbował koncentrację promie­ni słonecznych na sobie, przy czym poparzył się tak, że bąble zmieniły się w ropiejące rany i długo nie chciały się goić. Wobec protestów żony, przerażonej tak niebezpiecznymi próbami, mało brakowało, by podpalił własny dom. Długie godziny spędzał zamknięty w swoim pokoju, pogrążony w kalkulacjach na temat możliwości strategicznych nowej broni, aż wreszcie udało mu się opracować podręcznik zadziwiający jasnością dydaktyczną i darem nieodpartej ar­gumentacji. Posłał go władzom wojskowym załączając liczne opisy własnych doświadczeń i kilka arkuszy rysunków objaś­niających. Posłaniec, który wiózł to cenne dzieło, przebył góry, błądził po bezkresnych bagnach, przeprawiał się przez burzliwe rzeki i omal nie zginął w zębach drapieżników, dręczony rozpaczą i chorobą, zanim trafił na trakt mułów pocztowych. Mimo że podróż do stolicy była w owym czasie imprezą prawie niemożliwą, Jose Arcadio Buendia przy­rzekał sobie podjąć ją natychmiast po otrzymaniu rozkazu rządu, aby zademonstrować praktyczne zastosowanie swego wynalazku dygnitarzom wojskowym i osobiście ich wprowa­dzić w tajniki skomplikowanej sztuki wojny słonecznej. Przez kilka lat czekał na odpowiedź. Wreszcie, znużony oczekiwaniem, poskarżył się Melquiadesowi ubolewając nad niepowodzeniem swej inicjatywy. I wtedy Cygan dał niezbity dowód swojej uczciwości: zwrócił mu złote dublony i zabrał lupę dokładając kilka portugalskich map i parę instrumentów żeglarskich. Osobiście i własnoręcznie napisał zwięzłą syn­tezę studiów mnicha Hermana, żeby mu ułatwić posługiwa­nie się astrolabium, kompasem i sekstansem. Jose Arcadio Buendia spędził wiele deszczowych miesięcy zamknięty w iz­debce, którą specjalnie na ten cel dobudował w głębi domu, tak by nikt mu nie przeszkadzał w doświadczeniach. Po­rzuciwszy całkowicie obowiązki domowe, przesiadywał cały­mi nocami na podwórku śledząc bieg gwiazd i omal nie dostał porażenia słonecznego usiłując wynaleźć dokładną metodę określania południa. Kiedy wyćwiczył się już w uży­waniu i manewrowaniu swymi instrumentami, poczuł się tak bardzo panem przestrzeni, że nie opuszczając swego gabinetu mógł żeglować po nieznanych morzach, wędrować przez bezludne ziemie i nawiązywać znajomości z cudownymi istotami. W tym okresie przyzwyczaił się rozmawiać sam z sobą i krążyć po całym domu nie dostrzegając nikogo, podczas gdy Urszula z dziećmi mozoliła się w ogrodzie przy uprawie bananów, manioku, malangi, ignamu i bakłażanów. Nagle, zupełnie nie wiadomo dlaczego, jego gorączkowa aktywność urwała się i nastąpiło coś w rodzaju fascynacji. Kilka dni chodził jak urzeczony, powtarzając sobie cichym głosem łańcuszek zadziwiających przypuszczeń, jakby nie wierzył własnemu rozumowi. W końcu pewnego grudniowe­go dnia, we wtorek podczas obiadu, za jednym zamachem zrzucił z siebie cały ciężar swych udręczeń. Dzieci do końca życia miały zapamiętać uroczystą powagę, z jaką ich ojciec zasiadł na głównym miejscu przy stole, dygocąc jak w go­rączce, wycieńczony bezsennością i wysiłkiem imaginacji, i wyjawił im swoje odkrycie: „Ziemia jest okrągła jak pomarańcza".

Urszula straciła cierpliwość. „Jeżeli masz zwariować, wa­riuj sam! - wykrzyknęła - ale nie próbuj uczyć dzieci swoich cygańskich pomysłów". Jose Arcadio Buendia, niewzruszo­ny, nie dał się zmiękczyć desperacją małżonki, która w napa­dzie złości zrzuciła na ziemię astrolabium rozbijając je na kawałki. Skonstruował przyrząd na nowo i zebrawszy w swoim pokoiku ludzi ze wsi wykazał im, z pomocą teoretycznych objaśnień, których nikt nie rozumiał, że moż­na powrócić do punktu, z jakiego się wyruszyło, kierując się stale na wschód. Cała wieś była przekonana, że Jose Arcadio Buendia postradał zmysły, ale w tym momencie zjawił się Melquiades, aby doprowadzić sytuację do porządku. Publicz­nie pochwalił inteligencję człowieka, który dzięki czystej spekulacji astronomicznej wymyślił teorię już sprawdzoną w praktyce, chociaż dotychczas nie znaną w Macondo. W dowód uznania ofiarował mu dar, który miał później wpłynąć decydująco na przyszłość wioski - laboratorium alchemiczne.

W tym czasie Melquiades zaczął się starzeć ze zdumie­wającą szybkością. Z początku gdy tu przyjeżdżał, wydawało się, że jest w tym samym wieku co J ość Arcadio Buendia. Ale podczas gdy ten ostatni zachowywał wciąż swoją nie­pospolitą siłę, która pozwalała mu obalić konia chwytem za uszy, Cygana jakby toczyła jakaś uporczywa choroba. W rzeczywistości był to rezultat wielu osobliwych chorób nabytych w niezliczonych podróżach dookoła świata. Tak jak to sam opowiadał Josemu Arcadiowi Buendii pomagając mu urządzić laboratorium, śmierć szła za nim zawsze jak pies, obwąchiwała mu spodnie, ale nie decydowała się sko­czyć do gardła. Wymknął się wszystkim plagom i katakli­zmom, jakie nawiedzały rodzaj ludzki. Przeżył pelagrę w Per­sji, szkorbut na Półwyspie Malajskim, trąd w Aleksandrii, beri-beri w Japonii, dżumę na Madagaskarze, trzęsienie ziemi na Sycylii i olbrzymią katastrofę okrętową w Cieśninie Magellana. Ten niezwykły człowiek, który twierdził, że posiada wiedzę tajemną Nostradamusa, był ponury i smutny, a spojrzenie jego azjatyckich oczu zdawało się dostrzegać odwrotną stronę rzeczy. Nosił czarny duży kapelusz, niczym rozpostarte skrzydła kruka, i aksamitną kamizelkę, którą przyprószyła patyna wieków. Ale pomimo swojej ogromnej' wiedzy i posiadania tajemnic był na wskroś ludzki, związany z ziemią, nieobcy najdrobniejszym problemom życia codzien­nego. Uskarżał się na starcze dolegliwości, wrażliwy na najmniejsze niepowodzenia finansowe, od dawna już przestał się śmiać, gdyż szkorbut pozbawił go zębów. Tego upalnego popołudnia, kiedy wyjawił swoje najtajniejsze sekrety, Jose Arcadio Buendia był pewien, że jest to początek wielkiej przyjaźni. Dzieci były oszołomione fantastycznymi opowia­daniami. Aureliano, który wówczas liczył nie więcej niż pięć lat, miał go potem pamiętać przez resztę swego życia takim, jakim go widział tego popołudnia, gdy starzec siedział przy stole na tle metalicznego, rozżarzonego do białości blasku, i swoim głębokim głosem o brzmieniu organów rozświetlał najciemniejsze zakątki wyobraźni, a z czoła i skroni spływał mu tłusty pot. Jose Arcadio, starszy brat Aureliana, miał przekazać ten wspaniały obraz jak dziedziczną pamiątkę wszystkim swoim potomkom. Urszula natomiast zachowała niezbyt dobre wspomnienie z tej popołudniowej wizyty, bo weszła do pokoju akurat w momencie, kiedy Melquiades przez nieuwagę stłukł flakonik z dwuchlorkiem rtęci.

- Pachnie diabłem - powiedziała.

- Nic podobnego - sprostował Melquiades. - Dowiedzio­no, że diabeł posiada własności siarkowe, a to jest tylko odrobina sublimatu.

Jak zawsze skłonny do dialektyki, wygłosił uczony wykład na temat diabolicznych właściwości cynobru, ale Urszula nie zwracała na niego uwagi, tylko zabrała dzieci na modlitwę. Ten gryzący zapach miał pozostać na zawsze w jej pamięci skojarzony ze wspomnieniem Melquiadesa.

Prymitywne laboratorium - poza obfitością miseczek, lejków, probówek, filtrów i sitek - składało się ze zwykłego tygla, ze szklanej retorty z długą wąską szyjką (imitacja jaja filozoficznego) oraz aparatu do destylacji, skonstruowanego przez samych Cyganów według współczesnych opisów trzy-ramiennego alembiku Marii Żydówki. Prócz tych rzeczy Melquiades pozostawił próbki siedmiu metali odpowiadają­cych siedmiu planetom, formuły Mojżesza i Zosimusa do wyrobu złota, a także serię notatek i rysunków dotyczących procesów Wielkiego Wtajemniczenia, które temu, kto umiał? by je odczytać, pozwalały uzyskać kamień filozoficzny. Za­chęcony prostotą formuł alchemicznych Jose Arcadio Bu­endia przez wiele tygodni przekonywał Urszulę, żeby mu pozwoliła odkopać swoje monety kolonialne i pomnożyć je tyle razy, na ile można rozdzielić rtęć. Urszula jak zawsze Stąpiła przed niezłomnym uporem męża. Wtedy Jose Ar­cadio Buendia wrzucił trzydzieści złotych dublonów do rondla i roztopił je z opiłkami miedzi, orypimentem, siarką, ołowiem. Wszystko to podgrzewał na wielkim ogniu, dolewając oleju rycynowego, aż otrzymał gęsty, cuchnący syrop, który bardziej przypominał pospolity karmel niż wspaniałe złoto. W kolejnych ryzykownych i rozpaczliwych procesach destylacyjnych, w aliażu z siedmiu metali planetar­nych, przeżarte rtęcią i cypryjskim witriolem, prażone na nowo w wieprzowym smalcu, z braku oleju rzepakowego, cenne dziedzictwo Urszuli zostało doprowadzone do postaci zwęglonej skwarki, której nie sposób było oderwać od dna rondla.

Kiedy powrócili Cyganie, Urszula podburzyła przeciwko nim całą wieś. Ciekawość jednak była silniejsza od strachu, bo tym razem Cyganie przemaszerowali przez wieś z ogłusza­jącym hałasem wszelkiego rodzaju instrumentów muzycz­nych, podczas gdy ich herold zapowiadał pokaz najwięk­szego wynalazku sprzed epoki Inków. Tak więc wszyscy udali się do namiotu cygańskiego i za opłatą jednego centavo zobaczyli Melquiadesa, odmłodzonego, wypoczętego, bez zmarszczek, z nowym olśniewająco białym uzębieniem. Ci wszyscy, którzy pamiętali jego dziąsła zżarte przez szkorbut, zapadłe chude policzki i zwiędłe usta, struchleli z przerażenia wobec tego oczywistego dowodu nadprzyrodzonej mocy Cygana. Strach urósł do rozmiarów paniki, gdy Melquiades wyjął nietknięte zęby, pokazał je publiczności na chwilę - przelotną chwilę, w czasie której stał się tym samym zgrzybiałym starcem z dawnych lat - i założył je z powrotem, uśmiechając się znów w pełnym blasku swej przywróconej młodości. Nawet sam Jose Arcadio Buendia uznał, że wiedza Melquiadesa przekroczyła granice dozwolone dla umysłu człowieka, lecz doświadczył prawdziwie uzdrawiającej ucie­chy, kiedy Cygan na osobności wytłumaczył mu mechanizm sztucznej szczęki. Wydawało mu się to tak proste i tak przemyślne zarazem, że nagle stracił całe zainteresowanie dla badań alchemicznych. Wpadł w zły humor, przestał jadać regularnie i całymi dniami spacerował po domu: „Niewiary­godne rzeczy dzieją się na świecie - mówił do Urszuli. – Tuż koło nas, po drugiej stronie rzeki, istnieją różne aparaty magiczne, a my w dalszym ciągu żyjemy w ciemnocie". Ci którzy go znali z czasów założenia Macondo, nie mogli wyjść z podziwu, jak bardzo się zmienił pod wpływem Melquiadesa.

Z początku Jose Arcadio Buendia był czymś w rodzaju młodego patriarchy, który dawał wskazówki, jak obsiewać pole, udzielał rad w sprawach wychowywania dzieci czy hodowli zwierząt i pracował razem ze wszystkimi, nawet fizycznie, dla dobra całej gminy. Ponieważ jego dom od. początku był najlepszy we wsi, inne domy urządzono na jego obraz i podobieństwo. Był tam przestronny i dobrze oświetlony salon, jadalnia, która wyglądała jak terasa z kwia­tami w jaskrawych barwach, dwie sypialnie, patio z ol­brzymim kasztanem pośrodku, dobrze utrzymany ogród warzywny i zagroda, gdzie w pokojowej koegzystencji żyły kozy, świnie i kury. Jedynymi zwierzętami, których hodowla była zabroniona w domu i w całej wsi, były koguty tre­nowane do walki.

Urszula wiodła żywot równie pracowity jak jej mąż. Ta drobna, poważna i niezwykle ruchliwa kobiecinka o żelaz­nych nerwach, której nigdy nie słyszano śpiewającej, wyda­wała się wszechobecna i krzątała się od świtu do późnej nocy z lekkim szelestem batystowych halek. Dzięki niej podłogi z ubitej gliny, niepobielane mury, proste drewniane meble, sporządzone przez nich samych, były zawsze czyste, a stare kufry, w których przechowywano bieliznę, wydzielały przy­jemny zapach bazylii.

Jose Arcadio Buendia, który był najbardziej przedsiębior­czym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziano we wsi, zarządził rozmieszczenie domów tak, żeby wszystkie miały dostęp do rzeki i mogły łatwo zaopatrywać się w wodę. Wytyczył ulice tak rozumnie, że żaden z domów nie bardziej niż inne cierpiał od słońca w godzinach największego upału. W ciągu paru lat Macondo stało się najlepiej uładzoną i najpracowitszą wsią ze wszystkich znanych jej trzystu mieszkańcom. Była to rzeczywiście szczęśliwa wieś, w której nikt nie przekroczył trzydziestu lat i nikt jeszcze nie umarł.

Od chwili jej założenia Jose Arcadio Buendia budował pułapki i klatki. W krótkim czasie kanarki, drozdy i szpaki wypełniły nie tylko jego dom, ale wszystkie inne. Ptasie koncerty były tak ogłuszające, że Urszula zatykała sobie uszy pszczelim woskiem, aby nie stracić poczucia rzeczywistości. Kiedy po raz pierwszy przybyło do Macondo plemię Melquiadesa sprzedając szklane kulki przeciw bólom głowy, wszyscy dziwili się, jak można było trafić do tej osady zagubionej wśród sennych moczarów. Cyganie wyznali, że kierowali się śpiewem ptaków.

Ten duch inicjatywy społecznej zanikł wkrótce, porwany gorączką magnesów, obliczeniami astronomicznymi, marze­niami o transmutacji złota i chęcią poznania cudów świata. Dawniej przedsiębiorczy i schludny Jose Arcadio Buendia zrobił się teraz niedbały, chodził nieporządnie ubrany, z dzi­ką brodą, którą z wielkim wysiłkiem Urszuli udawało się strzyc czasem za pomocą kuchennego noża. Wiele osób 'uważało go za ofiarę jakiegoś dziwnego czaru czy zaklęcia. Ale nawet ci najmocniej przekonani o jego obłędzie porzucili pracę i rodziny, aby iść za nim, kiedy zarzuciwszy na ramię narzędzia zwołał wszystkich, żeby utorować przez las drogę, otwierającą wsi dostęp do wielkich wynalazków.

Jose Arcadio Buendia nie znał zupełnie geografii swojego rejonu. Wiedział, że na wschodzie rozciąga się łańcuch nieprzebytych gór, a za górami stare miasto Riohacha, gdzie w minionej epoce - jak opowiadał jego dziadek, pierwszy Aurehano Buendia - Sir Francis Drake polował z armat na kajmany, które potem kazał wypychać słomą i posyłał w po­darunku królowej Elżbiecie. W młodości on i jego ludzie, wraz z żonami, dziećmi, zwierzętami i całym dobytkiem, przeszli przez góry szukając dojścia do morza, lecz po dwudziestu sześciu miesiącach zaniechali dalszej wędrówki i założyli Macondo, aby uniknąć trudów powrotu. Toteż droga na wschód nie interesowała ich, bo mogła prowadzić tylko w przeszłość. Na południu były bagna pokryte wieko­wą warstwą roślinności i olbrzymi świat moczarów, który, jak zapewniali Cyganie, nie miał granic. Wielkie moczary na zachodzie łączyły się z bezkresnym rozlewiskiem wody, zamieszkanym przez ssaki o miękkiej skórze, z głową i tor­sem kobiety. To one doprowadzały żeglarzy do zguby wabiąc ich urokiem swoich olbrzymich sutek. Cyganie płynę­li sześć miesięcy tym szlakiem, zanim trafili na wąski pas stałego lądu, którędy wiodła droga mułów pocztowych. Według obliczeń Josego Arcadia Buendii, jedyną możliwość nawiązania kontaktu z cywilizacją dawał szlak wiodący na północ. Wyposażył więc w narzędzia do budowy dróg i broń myśliwską tych samych ludzi, którzy towarzyszyli mu przy założeniu Macondo, wrzucił do sakwy kompasy i mapy i ruszył na spotkanie wielkiej przygody.

W pierwszych dniach nie napotkali żadnej większej prze­szkody. Zeszli kamiennym brzegiem rzeki do miejsca, gdzie przed wielu laty znaleźli zbroję rycerską, i wkroczyli do lasu ścieżką między drzewkami dzikich pomarańcz. Pod koniec pierwszego tygodnia zabili i upiekli jelenia, ale ogra­niczyli się do zjedzenia tylko połowy, a resztę zasolili na następne dni. Tą przezornością chcieli odwlec konieczność Zjadania papug, których niebieskie mięso miało gorzki po­smak piżma. Później przez dziesięć dni z górą nie widzieli słońca. Ziemia stała się miękka i wilgotna jak popiół wu­lkaniczny, a roślinność coraz bardziej zdradliwa, coraz ba-rdziej oddalał się wrzask ptaków i harmider małp. Świat zrobił się beznadziejnie smutny. Uczestnicy wyprawy czuli się przytłoczeni własnymi najdawniejszymi wspomnieniami w tym wilgotnym, milczącym raju sprzed grzechu pierwo­rodnego, w gęstwinie, gdzie ich buty grzęzły w dymiącej oleistej mazi, a maczety niszczyły krwawe lilie i złote sala­mandry. Cały tydzień, prawie z sobą nie rozmawiając, z płu­cami umęczonymi dławiącą wonią krwi, szli jak lunatycy przez świat przygnębiającego smutku, oświetlony tylko sła­bym blaskiem fosforyzujących owadów. Nie mogli zawrócić, gdyż drogę, którą sobie otwierali, od razu zamykała nowa ściana roślinności wyrastająca niemal w oczach. „Nie szkodzi - mówił Jose Arcadio Buendia. - Najważniejsze to nie stracić orientacji". Nie spuszczając oka z kompasu dalej prowadził swoich ludzi ku niewidocznej północy, aż wreszcie wyszli z zaczarowanej krainy. Noc była chmurna, bez gwiazd, ale ciemność przesycało już nowe czyste powietrze. Wyczerpani długim marszem rozwiesili hamaki i pierwszy raz od dwóch tygodni mocno usnęli. Obudzili się, kiedy słońce było już wysoko na niebie, i zaniemówili z zachwytu. Naprzeciwko, w otoczeniu paproci i palm, biały i zakurzony, w cichym świetle poranka stał olbrzymi galeon hiszpański. Przechylił się lekko na; prawą burtę, z nietkniętego omasz­towania zwisały strzępy żagli pośród lin obrosłych w or­chidee. Kadłub, pokryty pancerzem skamieniałych małży i miękkiego mchu, zarył się mocno w kamienistym gruncie. Cała struktura zdawała się zajmować swój własny zastrzeżo­ny teren, przestrzeń samotności i zapomnienia niedostępną niszczycielskiemu działaniu czasu i obyczajom ptaków. We wnętrzu, które podróżnicy przeszukali w milczącym napię­ciu, znaleźli tylko gęsty las kwiatów.

Odkrycie galeonu, wskazujące bliskość morza, pohamo­wało impet Josego Arcadia Buendii. Uważał to za złośliwy figiel swego przewrotnego losu. Przedtem, za cenę poświęceń i cierpień bez liku, szukał morza nie znajdując, a znalazł je teraz nie szukając, zagradzające jego drogę jak przeszkoda nie do przezwyciężenia. Wiele lat później pułkownik Aureliano Buendia przewędrował znowu ten obszar, kiedy istniał już regularny trakt pocztowy, i jedyną pozostałością statku, jaką odnalazł, był zwęglony szkielet pośrodku pola maków. Przekonany dopiero wtedy, że historia ta nie była wyłącznie tworem wyobraźni jego ojca, zastanawiał się, w jaki sposób galeon mógł dotrzeć aż do tego miejsca na lądzie. Ale Jose Arcadio Buendia nie stawiał sobie tego pytania, kiedy zoba­czył morze po dalszych czterech dniach podróży, o dwana­ście kilometrów od galeonu. Jego marzenia znalazły kres na brzegu tego morza barwy popiołu, spienionego i brudnego, niegodnego trudów i poświęceń i jego przygody.

- Do stu diabłów! - wykrzyknął. - Macondo jest otoczo­ne wodą ze wszystkich stron.

Przekonanie, że Macondo jest wyspą, utrzymało się przez długi czas, oparte na nie budzącej wątpliwości mapie, którą wyrysował Jose Arcadio Buendia po powrocie z ekspedycji. Wykreślił ją w pasji, mściwie wyolbrzymiając trudności komunikacji, jakby chciał ukarać samego siebie za absolutny brak sensu w wyborze miejsca osady. „Nigdy nigdzie nie dojdziemy - skarżył się przed Urszulą. - Zgnijemy tutaj za życia, nie korzystając z dobrodziejstw nauki". Ta pewność przeżuwana przez wiele miesięcy w pokoiku przy labo­ratorium skłoniła go do projektu przeniesienia Macondo w jakieś bardziej dogodne miejsce, ale tym razem Urszula wyprzedziła jego gorączkowe pomysły. Działając skrycie i bez wytchnienia jak mrówka, zbuntowała wszystkie kobiety ze wsi przeciw zachciance mężów, którzy już przygoto­wywali się do przeprowadzki. Jose Arcadio Buendia nie dowiedział się nigdy, w jakim momencie i pod wpływem jakich wrogich sił jego plany zaczęły się wikłać w gąszczu wymówek, pretekstów i rzekomych przeszkód, aż stały się czystym złudzeniem. Urszula niewinnie obserwowała go spod oka i nawet odczuła trochę litości dla męża, kiedy któregoś ranka zastała go w pokoiku w głębi domu, beł­kocącego coś na temat przeprowadzki i pakującego wyposa­żenie laboratorium. Pozwoliła mu dokończyć robotę, zabić gwoździami skrzynie i wypisać na wierzchu swoje inicjały za pomocą pędzelka i atramentu, nie robiąc mu wymówek i wiedząc, że on także wie, bo słyszała, jak mamrotał to w swoich głuchych monologach, że mężczyźni ze wsi nie poprą jego zamierzeń. Dopiero kiedy zaczął wyjmować z za­wiasów drzwi, odważyła się zapytać go, po co to robi, on zaś odpowiedział z goryczą: „Skoro nikt nie chce iść - pójdziemy sami". Urszula ani drgnęła.

- Nie pójdziemy - powiedziała. - Zostaniemy tutaj, bo tu się urodził nasz syn.

- Ale nikt nam tu jeszcze nie umarł - odparł. - Człowiek nie należy do żadnej ziemi, póki nie ma w niej nikogo ze swych zmarłych.

Na co Urszula odpowiedziała z łagodną stanowczością:

- Jeżeli trzeba, żebym umarła po to, żebyście tu pozostali, to umrę.

Jose Arcadio Buendia nie spodziewał się, by wola jego żony była aż tak nieugięta. Usiłował zwieść ją blaskiem swoich fantazji i obietnicą wspaniałego świata, gdzie wystar­czy skropić ziemię magicznym płynem, aby rośliny dały owoce, jakie tylko człowiek zechce, i gdzie sprzedają za bezcen wszelkie środki przeciwko bólom. Ale Urszula pozo­stała niewrażliwa na jego wspaniałe wizje.

- Zamiast się upierać przy twoich wariackich pomysłach, zatroszczyłbyś się lepiej o własnych synów - odpowiedziała. - Spójrz tylko na nich, zdani na łaskę boską, zaniedbani i głupi jak osły.


Jose Arcadio Buendia przyjął dosłownie to, co powiedzia­ła żona. Spojrzał przez okno, zobaczył dwóch bosych chłop­ców w słonecznym ogrodzie i doznał wrażenia, że dopiero od tego momentu zaczęli istnieć, stworzeni zaklęciem Urszuli. Wtedy coś się stało w głębi jego istoty, coś tajemniczego i nieodwołalnego, coś, co go oderwało od czasu, w którym tkwił obecnie, i poniosło na oślep w niezbadaną strefę wspomnień. Podczas gdy Urszula dalej zamiatała dom, które­go - teraz już była tego pewna - nie miała opuścić do końca życia, on stał wpatrzony w dzieci niewidzącym wzrokiem, aż zwilgotniały mu oczy i wytarł je wierzchem dłoni z głębokim westchnieniem rezygnacji.

- Dobrze - powiedział. - Powiedz im, żeby przyszli pomóc mi powyjmować rzeczy ze skrzyni.

Starszy z synów, Jose Arcadio, skończył czternaście lat. Miał kwadratową czaszkę, kędzierzawe włosy i samowolny charakter swego ojca. Choć zapowiadało się, że odziedziczy po nim wzrost i tężyznę fizyczną, już wtedy było oczywiste, że brakuje mu ojcowskiej wyobraźni. Został poczęty i uro­dzony podczas uciążliwej przeprawy przez góry, przed zało­żeniem Macondo, i rodzice dziękowali niebiosom przekona­wszy się, że nie ma żadnego organu zwierzęcego. Aureliano, pierwsza istota ludzka urodzona w Macondo, miał skończyć sześć lat w marcu. Był cichy i zamknięty w sobie. Płakał w łonie swojej matki i urodził się z otwartymi oczami. Podczas przecinania pępowiny kręcił głową na wszystkie strony, rozpoznając przedmioty w pokoju i przypatrując się twarzom ludzi z ciekawością, ale bez zdziwienia. Później - obojętny na tych, którzy zbliżyli się, żeby go poznać - całą uwagę skupił na palmowym dachu, który zdawał się bliski zawalenia pod straszliwym naporem deszczu. Urszula przy­pomniała sobie intensywność tego spojrzenia w dniu, kiedy trzyletni Aureliano wszedł do kuchni w chwili, gdy ona wyjęła z pieca i postawiła na stole garnek z wrzącym rosołem. Chłopiec stojąc bezradnie w drzwiach powiedział: „Zaraz zleci". Garnek stał mocno na środku stołu, ale ledwie chłopak zdążył wymówić te słowa, zaczął nieuchronnie posu­wać się w kierunku brzegu, jakby pod impulsem dynamiki wewnętrznej, i roztrzaskał się na ziemi. Urszula przerażona opowiedziała ten epizod mężowi, ten jednak potraktował to jako zjawisko naturalne. Taki był zawsze, obcy życiu swoich synów, po części dlatego, że uważał dzieciństwo za okres niedorozwoju umysłowego, a poza tym za bardzo pochłania­ły go chimeryczne spekulacje.

Ale od tego popołudnia, kiedy przywołał synów, aby mu pomogli rozpakować przyrządy laboratoryjne, zaczął poświę­cać im większość swego czasu. W ustronnej izdebce, której ściany pokrywały się z wolna nieprawdopodobnymi mapami i bajecznymi rysunkami, nauczył ich czytać, pisać i rachować. Opowiadał o cudach tego świata nie tylko w granicach swoich wiadomości, ale wysilał swoją wyobraźnię, posuwając ją do krańców niewiarygodnych. W taki to sposób chłopcy dowiedzieli się, iż na samym południu Afryki żyją ludzie tak inteligentni i spokojni, że ich jedynym zajęciem jest siedzenie i rozmyślanie, i że można przejść suchą stopą przez Morze Egejskie, przeskakując z wyspy na wyspę aż do portu Saloniki. Te fascynujące opowieści pozostawiły tak trwały ślad w pamięci chłopców, że wiele lat później, na sekundę przed rozkazem „ognia", który oficer wojsk regularnych rzucił plutonowi egzekucyjnemu, pułkownik Aureliano Buendia przeżył na nowo ów ciepły wieczór marcowy, w któ­rym jego ojciec przerwał lekcję fizyki i znieruchomiał z ręką w powietrzu i utkwionymi w jeden punkt oczyma, słysząc z daleka piszczałki, bębny i grzechotki Cyganów, którzy znowu przybywali do wsi, aby zaprezentować ostatni za­dziwiający wynalazek uczonych z Memfis.


Byli to nowi Cyganie. Młodzi mężczyźni i kobiety, którzy znali tylko swój własny język, dorodni, z oliwkową skórą i zręcznymi rękami. Ich tańce i muzyka wywoływały na ulicach rozgardiasz pełen nieokiełznanej wesołości, bo przy­wieźli z sobą różnobarwne papugi recytujące włoskie romance, kurę, która znosiła setkę złotych jajek na dźwięk tamburynu, tresowaną małpę, która odgadywała myśli, skom­plikowaną maszynę służącą jednocześnie do przyszywania guzików i obniżania temperatury, aparat do wypłaszania złych wspomnień, plaster do zabijania czasu i tysiąc innych jeszcze wynalazków tak przemyślnych i osobliwych, że Jose Arcadio Buendia zapragnął wynaleźć specjalną maszynę, któ­ra ułatwiłaby mu spamiętanie ich wszystkich. W mgnieniu oka przewrócili do góry nogami całą wieś. Mieszkańcy Macondo zgubili się nagle na własnych ulicach, oszołomieni tym jarmarkiem cudów.

Idąc między dwoma chłopcami, których trzymał za ręce, żeby nie zgubili się w tłumie, mijając linoskoczków o złotych zębach i kuglarzy o sześciu ramionach, dusząc się pomiesza­nym zapachem nawozu i drzewa sandałowego, Jose Arcadio Buendia gorączkowo poszukiwał Melquiadesa, żeby ten wy­jawił mu sekrety tego baśniowego mirażu. Spytał o niego Cyganów, ale nie rozumieli jego języka. Doszedł w końcu do miejsca, gdzie Melquiades zazwyczaj rozbijał swój namiot, i spotkał tam małomównego Ormianina, który zachwalał po hiszpańsku syrop zapewniający człowiekowi niewidzialność. Wypił przed chwilą jednym haustem szklankę bursztynowe­go płynu, kiedy Jose Arcadio Buendia przepchnął się przez tłum gapiów oglądających widowisko i zdążył zadać pytanie. Cygan ogarnął go zdziwionym spojrzeniem, zanim przeobraził się w kałużę cuchnącej i parującej smoły, nad którą unosiło się echo jego odpowiedzi: „Melquiades umarł". Oszołomiony tą wiadomością Jose Arcadio Buendia stał bez ruchu usiłując opanować wzruszenie, póki nie rozproszył się tłum żądny nowych rozrywek i kałuża po małomównym Ormianinie nie wyparowała doszczętnie. Później inni Cyga­nie potwierdzili, że Melquiadesa istotnie zmogła żółta febra na bagnach Singapuru i ciało jego wrzucono w najgłębsze miejsce Morza Jawajskiego. Na chłopcach ta wiadomość nie wywarła wrażenia. Chcieli koniecznie obejrzeć wspaniałą nowość wynalezioną przez uczonych z Memfis i zapowiadaną u wejścia do namiotu, który, jak mówiono, należał do króla Salomona. Napierali się tak, że Jose Arcadio Buendia zapłacił trzydzieści realów i zaprowadził ich do środka namiotu, gdzie olbrzym z obrośniętym torsem i ogoloną głową, z miedzianą obręczą w nosie i ciężkim żelaznym łańcuchem wokół kostki u nogi strzegł skrzyni piratów. Gdy olbrzym uniósł wieko, ze skrzyni powiał lodowaty podmuch. W środ­ku znajdował się tylko ogromny przezroczysty blok, jakby zlepiony z niezliczonego mnóstwa igiełek, w których światło zmierzchu rozszczepiało się na różnokolorowe gwiazdki.

Oszołomiony, wiedząc, że chłopcy oczekują natychmiasto­wych wyjaśnień, Jose Arcadio Buendia odważył się szepnąć:

- To chyba największy diament świata...

- Nie - powiedział Cygan. - To jest lód.

Jose Arcadio Buendia, nie rozumiejąc, wyciągnął rękę w kierunku lodu, ale olbrzym odsunął go. „Pięć realów za dotknięcie" - powiedział. Jose Arcadio Buendia zapłacił, dotknął ręką lodu i trzymał ją tak przez parę minut, podczas gdy jego serce biło mocno ze strachu a zarazem radości zetknięcia się z tajemnicą. Nie wiedząc, co powiedzieć, zapłacił jeszcze dziesięć realów, żeby jego synowie także mogli przeżyć to cudowne doświadczenie. Mały Jose Ar­cadio odmówił dotknięcia lodu. Aureliano, przeciwnie, zbli­żył się o krok, położył rękę i natychmiast ją cofnął. „Gotuje się!" - krzyknął przerażony. Ale ojciec nie zwrócił na niego uwagi. Odurzony oczywistością cudu, zapomniał w oka­mgnieniu o klęskach swych szaleńczych pomysłów i o zwło­kach Melquiadesa rzuconych na żer mątwom. Zapłacił na­stępne pięć realów i z ręką na bloku lodowym, jak gdyby składał przysięgę na Pismo Święte, wykrzyknął:

- Oto największy wynalazek naszych czasów!

 

Читайте дальше продолжение книги «Сто лет одиночества» (Sto lat samotności) на польском языке – II глава. Другие книги можно читать онлайн в разделе «Книги на польском».

 

французский

испанский

португальский

польский

чешский

словацкий

венгерский

румынский

болгарский

словенский

сербский

хорватский

македонский

иврит

турецкий

арабский

фарси

урду

пушту

молдавский

украинский

белорусский

русский

грузинский

армянский

азербайджанский

узбекский

казахский

киргизский

монгольский

Изучение иностранных языков - новое

Уроки иностранных языков онлайн

Как Вы узнали о наших курсах иностранных языков?