gototopgototop

английский

итальянский

немецкий

нидерландский

датский

шведский

норвежский

исландский

финский

эстонский

латышский

литовский

греческий

албанский

китайский

японский

корейский

вьетнамский

лаосский

кхмерский

бирманский

тайский

малайский

яванский

хинди

бенгальский

сингальский

тагальский

непальский

малагасийский

«Жизнь взаймы» (Nim nadejdzie lato) на польском языке - Э.М. Ремарк

Роман «Жизнь взаймы» (Nim nadejdzie lato) на польском языке. Роман «Жизнь взаймы» является поздним произведением писателя, Ремарк написал первое его издание в 1959-м году для журнала, а в 1961-м написал полное издание (в оригинале – «Небеса не знают любимчиков»). На польский язык этот вариант романа переведён как «Nim nadejdzie lato».

 

Другие произведения, переведённые на польский язык, а также работы польских писателей можно читать онлайн в разделе «Книги на польском».

Для любителей польского кино у нас есть раздел «Фильмы на польском». А теперь переходим к чтению романа немецкого писателя Эриха Марии Ремарка «Жизнь взаймы» (Nim nadejdzie lato) на польском языке.

 

NIM NADEJDZIE LATO

 

Clerfayt zatrzymał wóz przy stacji benzynowej, sprzed której odgarnięto śnieg, i zatrąbił. Wrony krążące wokół słupów telefonicznych podnosiły głośny wrzask, a w małym warsztacie za stacją ktoś klepał młotkiem blachę. Odgłosy kucia umilkły i z budynku wyszedł szesnastoletni chłopak w czerwonym swetrze i okularach w drucianej oprawce.

- Do pełna - powiedział Clerfayt i wysiadł. - Co? Super?

- Tak. Można jeszcze gdzieś tutaj dostać coś do jedzenia? Chłopiec pokazał kciukiem na drugą stronę szosy.

- Naprzeciwko. Dziś na obiad specjalnością zakładu był półmisek berneński. Zdjąć łańcuchy?

- Dlaczego?

- Wyżej szosa jest oblodzona jeszcze bardziej niż tutaj.

- Do samej przełęczy?

- Przez przełęcz pan nie przejedzie. Od wczoraj znowu jest zamknięta. Takim niskim sportowym wozem nie ma pan najmniejszych szans.

- Nie? - powiedział Clerfayt. - Zaczynasz mnie intrygować. - Pan mnie też – odparł chłopiec.

Gospoda była niewietrzona, poczuł zapach starego piwa i długiej zimy. Clerfayt zamówił peklowany udziec wołowy, chleb, ser i karafkę mgle. Poprosił kelnerkę, żeby mu przyniosła jedzenie na taras. Na zewnątrz było niezbyt zimno. Rozległe niebo miało barwę gencjany.

- Wziąć szlauch i opryskać trochę wózek? - spytał przez drogę - chłopiec ze stacji benzynowej. - Cholernie by mu się to przydało.

- Nie trzeba. Przetrzyj tylko przednią szybę.

Samochód długo nie był myty i to było widać. Nawałnica za Aix zamieniła czerwony kurz nadbrzeżny z St. Raphael na pokrywie chłodnicy i błotnikach w batikową mozaikę; do tego doszły wapienne odpryski z kałuż na szosach środkowej Francji oraz błoto, którym ochlapywały karoserię tylne koła niezliczonych ciężarówek, kiedy je wyprzedzał. Po co właściwie przyjechałem tutaj? - rozmyślał Clerfayt. Na narty i tak jest już prawie za późno. Współczucie? Współczucie jest kiepskim towarzyszem podróży – i jeszcze gorszym jej celem. Dlaczego nie jadę do Monachium? Albo do Mediolanu`? Ale co bym robił w Monachium? Albo w Mediolanie? Albo gdziekolwiek indziej? Jestem zmęczony, pomyślał. Zmęczony siedzeniem w jednym miejscu i zmęczony pożegnaniami.  A może jestem tylko zmęczony koniecznością podejmowania decyzji? Ale na co właściwie miałbym się decydować? Dopił wino i wrócił do gospody.

Dziewczyna za kontuarem myła kieliszki. Wypchany łeb kozicy spoglądał nieruchomo szklanymi oczami ponad jej głową i Clerfaytem na reklamę jakiegoś zuryskiego browaru na przeciwległej ścianie. Clerfayt wyciągnął z kieszeni płaską butelkę w skórzanym futerale.

- Czy może mi ją pani napełnić koniakiem? - Courvoisier, remy - martin, marten?

- Marten.

Dziewczyna zaczęła kieliszkiem odmierzać koniak. Do izby wkroczył kot i łasił się do nóg Clerfayta. Ten kazał sobie jeszcze podać dwie paczki papierosów i uregulował rachunek.

- Czy to kilometry? - spytał na zewnątrz chłopiec w czerwonym swetrze wskazując prędkościomierz.

- Nie, mile.

Chłopiec zagwizdał z uznaniem.

- Więc co pan robi tu, w Alpach? Dlaczego, mając taki wózek, nie jest pan na autostradzie?

Clerfayt spojrzał na niego. Połyskujące szkła okularów, zadarty nos, pryszcze, odstające uszy - istota, która zamieniła akurat melancholię dzieciństwa na wszelkie błędy półdorosłości.

- Nie zawsze robi się to, co jest słuszne, mój synu - powiedział. - Nawet kiedy się o tym wie. Na tym może czasami polegać urok życia. Kapujesz?

- Nie - odparł chłopiec i pociągnął nosem. - Ale telefony pomocy drogowej znajdzie pan na całej długości przełęczy. Jeśli pan utknie, wystarczy zadzwonić. Ściągniemy pana. Tutaj jest nasz numer.

- Nie macie już bernardynów z buteleczkami gorzałki na szyi?

- Nie. Koniak jest za drogi, a psy zrobiły się zbyt cwane. Same wypijały alkohol. Do tego celu mamy teraz woły. Zdrowe woły do holowania pojazdów.

Chłopiec błyskając szkłami okularów wytrzymał spojrzenie Clerfayta, który rzekł w końcu:

- Ciebie tylko mi dzisiaj brakowało. Alpejski mądrala na wysokości tysiąca dwustu metrów! Może w dodatku nazywasz się Pestalozzi albo Lavater?

- Nie. Göring.

- Co?

- Göring. - Chłopiec pokazał uzębienie, w którym brakowało jednego siekacza. -Ale na imię mam Hubert.

- Jesteś spokrewniony z tym...

- Nie - przerwał mu Hubert. - My wywodzimy się z Göringów bazylejskich.

Gdybym należał do tamtych, nie musiałbym tutaj tankować benzyny. Dostawalibyśmy grubą rentę.

Clerfayt milczał przez chwilę.

- Dziwny dzień - rzekł w końcu. - Kto by się tego spodziewał? Wszystkiego najlepszego, mój synu, w twoim dalszym życiu. Byłeś dla mnie niespodzianką.

- Pan dla mnie nie. Jest pan kierowcą wyścigowym, prawda? - Dlaczego tak sądzisz?

Hubert Göring wskazał niemal zupełnie zmyty numer pod warstwą błota na pokrywie chłodnicy.

- Na dodatek jesteś detektywem! - Clerfayt wsiadł do samochodu. - Może jednak czym prędzej powinno się ciebie wsadzić za kratki, żeby uchronić ludzkość przed nowym nieszczęściem. Kiedy zostaniesz premierem, będzie już za późno. Włączył silnik.

- Zapomniał pan zapłacić - oświadczył Hubert. - Czterdzieści dwa franusie.

Clerfayt podał mu pieniądze.

- Powiadasz, Hubert, że franusie! - powtórzył. - To mnie na powrót uspokaja. W kraju, gdzie pieniądze mają pieszczotliwe imię, nigdy nie będzie dyktatury.

W godzinę później samochód utknął na dobre. Kilka nawisów śnieżnych na zboczu oberwało się i zasypało jezdnię. Clerfayt mógł nawrócić i zjechać z powrotem w dolinę, ale nie miał ochoty na tak prędkie ponowne spotkanie z rybimi oczyma Huberta Göringa. Poza tym nie lubił zawracać. Tak więc cierpliwie siedział dalej w swoim aucie, golił

papierosy, pił koniak, nasłuchiwał krakania wron i czekał na Boga. Bóg zjawił się po pewnym czasie w postaci małego pługu śnieżnego. Clerfayt podzielił się z kierowcą resztką koniaku. Następnie ten ruszył przodem i zaczął wzbijać

swą maszyną w górę tumany śniegu i odrzucać je na bok. Wyglądało to tak, jakby przy przepiłowywaniu ogromnego powalonego drzewa powstawało promieniste koło wiórów, które w świecącym ukośnie słońcu mieniły się wszystkimi barwami tęczy. Dwieście metrów dalej szosa znów była czysta. Pług śnieżny zjechał na buk i samochód Clerfayta prześlizgnął się obok niego. Kierowca pługu pomachał mu na pożegnanie. Podobnie jak Hubert nosił czerwony sweter i okulary. Dlatego Clerfayt, rozmawiając z nim wcześniej, trzymał się bezpiecznych tematów, jak śnieg i alkohol; dwóch Göringów w ciągu jednego dnia byłoby jednak trochę za wiele. Hubert plótł bzdury; przełęcz nie była zamknięta. Samochód wspinał się teraz w szybkim tempie pod górę, i nagle Clerfayt ujrzał daleko przed sobą dolinę, siną i łagodną

o wczesnym zmierzchu, a w niej wioskę z rozsypanymi niczym klocki domami o białych dachach, krzywą wieżą kościelną, lodowiskami, kilkoma hotelami i pierwszymi światłami w oknach. Następnie zjechał powoli zakrętami w dół. Gdzieś w dolinie, w jednym z sanatoriów, powinien mieszkać Hollmann, jego zmiennik, który przed rokiem

zachorował. Lekarz stwierdził gruźlicę, lecz Hollmann śmiał się z tej diagnozy – czegoś takiego w epoce antybiotyków i penicyliny po prostu już nie było, a jeśli jeszcze było, to człowiek dostawał garść tabletek, parę zastrzyków i znów był zdrowy. Ale owe cudowne środki okazywały się niezupełnie takie wspaniałe i niezawodne, jak je wychwalano, zwłaszcza w przypadku ludzi, którzy dorastali w latach wojny i byli niedożywieni. Podczas Wyścigu Tysiąca Mil we Włoszech Hollmann tuż przed Rzymem dostał krwotoku i Clerfayt musiał go wysadzić w punkcie kontroli czasu. Lekarz obstawał przy tym, żeby wysłać go na parę miesięcy w góry. Hollmann się wściekał, ale w końcu ustąpił;

tyle że z kilku miesięcy zrobił się tymczasem rok.

Nagle silnik zaczął się dławić. Świece, pomyślał Clerfayt, znowu świece! Tak się właśnie działo, kiedy podczas jazdy człowiek nie myślał o jeździe! Ostatni odcinek pochyłości przejechał z wyłączonym silnikiem, dopóki wóz nie zatrzymał się na równej drodze, i dopiero wtedy otworzył pokrywę silnika. Chodziło, jak zawsze, o zaolejone świece drugiego i czwartego cylindra. Wykręcił je, przeczyścił, po czym wsadził na dawne miejsce i włączył rozrusznik. Teraz silnik funkcjonował, i Clerfayt nacisnął parę razy ręką pedał gazu, żeby usunąć z cylindrów zbędny olej. Kiedy się wyprostował, ujrzał, że niespodziewany ryk silnika spłoszył konie przy saniach nadjeżdżających z drugiej strony. Konie stanęły dęba i szarpiąc saniami rwały w poprzek drogi w stronę auta. Wybiegł im naprzeciw, chwycił lewego konia za

uzdę i przez chwilę pozwolił się wlec. Po kilku skokach zwierzęta zatrzymały się. Dygotały na całym ciele, a łby otaczała chmura parującego oddechu. Ich wystraszony, błędny wzrok sprawiał wrażenie, jakby oczy należały do jakichś prehistorycznych stworzeń. Clerfayt ostrożnie puścił rzemienie. Konie stały dalej, parskając i pobrzękując dzwonkami. Spostrzegł, że nie są to zwykłe szkapy używane do ciągnięcia sań. W saniach podniósł się wysoki mężczyzna w czarnej futrzanej czapce bez daszka i zaczął uspokajać zwierzęta. Obok niego siedziała młoda kobieta, która trzymała się kurczowo oparcia siedzenia. Miała opaloną twarz i bardzo jasne oczy.

- Bardzo mi przykro, że państwa przestraszyłem - powiedział Clerfayt. – Nie pomyślałem o tym, że konie tutaj nie są przyzwyczajone do aut.

Mężczyzna jeszcze przez chwilę zajmował się końmi, po czym puścił cugle i obrócił się do niego bokiem.

- Nie są przyzwyczajone do aut, które robią taki hałas - oświadczył opryskliwie. -W każdym razie sanie potrafiłbym sam zatrzymać. Mimo to dziękuję, że chciał nas pan ratować.

Clerfayt podniósł wzrok. Ujrzał butną twarz, w której tlił się jeszcze ślad drwiny, jakby tamten uprzejmie naigrawał się z niego, że niepotrzebnie chciał bawić się w bohatera. Już dawno nikt mu tak nie podpadł od pierwszego wejrzenia.

- Nie zamierzałem ratować pana - odparł sucho - tylko własny samochód przed płozami pańskich sań.

- Mam nadzieję, że przy tej okazji nie ubrudził się pan bez potrzeby.

Mężczyzna zajął się na powrót końmi. Clerfayt przyjrzał się kobiecie. Pewnie dlatego, pomyślał. Sam chce pozostać bohaterem.

- Nie, nie ubrudziłem się - odrzekł powoli. - Do tego trzeba jednak czegoś więcej.

Sanatorium Bella Vista położone było na wzniesieniu powyżej wioski. Clerfayt zaparkował samochód na płaskim placu obok wejścia, gdzie stało już kilka sań. Wyłączył silnik i przykrył kocem maskę, żeby za bardzo nie ostygł.

- Clerfayt! - zawołał ktoś od strony wejścia.

Odwróciwszy się ujrzał ku swojemu zdumieniu Hollmanna, który zbliżał się do niego. Sądził, że zastanie go w łóżku.

- Clerfayt! - zawołał Hollmann. - Czy to rzeczywiście ty?

- Tak rzeczywiście, jak to tylko możliwe. A ty? Na nogach? Myślałem, że leżysz w łóżku.

Hollmann roześmiał się.

- Leżenie jest tutaj staroświeckie. - Poklepał Clerfayta po plecach i wlepił wzrok w samochód. - Wydawało mi się, że słyszę z dołu ryk Giuseppe, myślałem już, że to halucynacja. A potem zobaczyłem, jak się wspinacie pod górę. Co za niespodzianka! Skąd jedziesz?

- Z Monte Carlo.

- Coś takiego! - Hollmann nie mógł się uspokoić. - I w dodatku razem z Giuseppe, tym starym lwem! Myślałem już, że zapomnieliście o mnie!

Pogłaskał karoserię wozu. Jechał w nim w ładnych paru wyścigach. W nim także miał swój pierwszy ciężki krwotok.

- To jeszcze Giuseppe, nieprawdaż? Nie jego młodszy brat?

- To Giuseppe. Ale już nie bierze udziału w wyścigach. Odkupiłem go od fabryki. Jest teraz na emeryturze.

- Tak jak ja.

Clerfayt podniósł wzrok.

- Ty nie jesteś na emeryturze, tylko na urlopie.

- Cały rok! To już nie jest urlop. Ale wejdźmy do środka. Musimy uczcić to spotkanie! Co pijesz? W dalszym ciągu wódkę?

Clerfayt skinął głową.

- A macie tu aby wódkę?

- Dla gości jest wszystko. To nowoczesne sanatorium.

- Takie też odniosłem wrażenie. Wygląda na hotel.

- Na tym między innymi polega leczenie. Nowoczesna terapia. Nie jesteśmy już pacjentami, tylko kuracjuszami. Słowa takie jak „choroba” i „śmierć” są tabu. Po prostu się je ignoruje. Psychologia stosowana. Bardzo praktyczna dla morale, lecz ludzie mimo to umierają. Co porabiałeś w Monte Carlo? Jechałeś w rajdzie?

- Owszem. Nie czytasz już wiadomości sportowych? Hollmann zmieszał się na chwilę.

- Z początku nawet czytałem. Potem przestałem. Idiotyczne, prawda?

- Przeciwnie, bardzo rozsądne. Zaczniesz czytać, kiedy znów będziesz jeździł.

- Tak - powiedział Hollmann. - Kiedy znów będę jeździł. I kiedy wygram wielki los na loterii. Z kim jechałeś w rajdzie?

- Z Torrianim.

Ruszyli w stronę wejścia. Zbocza były czerwone od zachodzącego słońca. Narciarze śmigali przez ten blask niczym czarne przecinki.

- Ładnie tutaj - zauważył Clerfayt.

- Owszem, ładne więzienie.

Clerfayt nie odpowiedział. Znał inne więzienia.

- Zawsze teraz jeździsz z Torrianim? - spytał Hollmann. - Nie. Raz z jednym, raz z drugim. Czekam na ciebie.

Nie powiedział prawdy. Od pół roku Clerfayt jeździł z Torrianim we wszystkich wyścigach samochodów sportowych. Ale ponieważ Hollmann nie czytał wiadomości sportowych, było to wygodne kłamstwo. Podziałało zresztą na Hollmanna jak wino. Na jego czole pojawiła się nagle cienka strużka kropel potu.

- Zwojowałeś coś w rajdzie? - zapytał. - Nic. Spóźniliśmy się.

- Skąd jechaliście?

- Z Wiednia. To był poroniony pomysł. Każdy sowiecki patrol zatrzymywał nas po drodze. Wszyscy myśleli, że chcemy porwać Stalina albo, że podłożyliśmy gdzieś dynamit. Wcale zresztą nie chciałem wygrać, tylko wypróbować nowy wóz. Ależ oni tam mają drogi w tej strefie rosyjskiej. Jakby z epoki lodowcowej.

Hollmann roześmiał się.

- To była zemsta Giuseppe! A gdzie jeździłeś przedtem?

Clerfayt uniósł rękę.

- Napijmy się czegoś. I wyświadcz mi pewną przysługę: przez pierwsze dni rozmawiajmy o wszystkim, tylko nie o wyścigach i automobilach!

- Ależ Clerfayt! O czym więc będziemy rozmawiać? - Tylko przez parę dni.

- Co jest grane? Czy coś się stało?

- Nie, nic. Po prostu jestem zmęczony. Chciałbym odpocząć i przez parę dni nie słyszeć o tej cholernej idiotycznej zabawie, kiedy ludzie ścigają się w kółko na zbyt szybkich maszynach. Rozumiesz, co mam na myśli?

- Naturalnie - powiedział Hollmann. - Ale co jest grane? Co się stało?

- Nic - odparł zniecierpliwiony Clerfayt. - Po prostu jestem przesądny, jak każdy inny. Mój kontrakt się kończy i nie został jeszcze odnowiony. Nie chcę wywoływać wilka z lasu. To wszystko.

- Clerfayt, kto się rozbił?

- Ferrer. W dziecinnie łatwym, gównianym wyścigu na wybrzeżu.

- Trup?

- Jeszcze nie. Ale amputowano mu nogę. A ta zwariowana baba, która włóczyła się z nim od wyścigu do wyścigu, fałszywa baronowa, nie chce go teraz widzieć. Siedzi w kasynie i beczy. Nie chce kaleki. A teraz chodź, postawisz mi wódkę. Resztka mojego koniaku zniknęła w paszczy kierowcy pługu śnieżnego, który ma więcej rozumu niż my; jego wóz nie przekracza nigdy pięciu kilometrów na godzinę.

Siedzieli w holu przy małym stoliku obok okna. Clerfayt rozglądał się dookoła.

- Czy to wszystko chorzy?

- Nie. Są również zdrowi odwiedzający chorych.

- Naturalnie! Tylko ci o bladych twarzach to chorzy - Hollmann roześmiał się.

- To są akurat zdrowi. A są bladzi, bo przyjechali całkiem niedawno. Natomiast ci opaleni jak sportowcy to chorzy, którzy przebywają już tutaj od dawna.

Kelnerka przyniosła szklankę soku pomarańczowego dla Hollmanna i małą karafkę wódki dla Clerfayta.

- Jak długo zamierzasz zostać? - spytał Hollmann.

- Kilka dni. Gdzie mógłbym zamieszkać?

- Najlepiej w Palace Hotel. Mają tam dobry bar. Clerfayt spojrzał na sok pomarańczowy.

- A skąd ty o tym wiesz?

- Chodzimy tam, kiedy od czasu do czasu udaje nam się stąd urwać.

- Urwać?

- Tak, czasem nocą, kiedy chcemy się czuć zdrowi. To wprawdzie zabronione, ale lepiej już mieć kaca niż prowadzić bezskuteczne dyskusje z Bogiem, dlaczego człowiek jest chory. - Hollmann wyciągnął z kieszeni na piersi płaską butelkę i dolał do swojej szklanki odrobinę alkoholu. - To gin - wyjaśnił. - Też pomaga.

- Nie wolno wam pić? - spytał Clerfayt.

- Nie ma całkowitego zakazu, ale tak jest prościej. - Hollmann schował z powrotem butelkę do kieszeni. - Tu na górze trochę się dziecinnieje.

Przed wejściem zatrzymały się sanie. Clerfayt spostrzegł, że to te same, które spotkał na szosie. Wysiadł z nich mężczyzna w czarnej futrzanej czapce.

- Wiesz, kto to jest? - spytał Clerfayt.

- Ta kobieta?

- Nie, mężczyzna.

- Pewien Rosjanin. Nazywa się Borys Wołkow. - Biały Rosjanin?

- Tak. Ale dla urozmaicenia nie jest to żaden wcześniejszy wielki książę ani nie jest biedny. Jego ojciec podobno we właściwym czasie otworzył konto w Londynie i w niewłaściwym czasie był w Moskwie; został rozstrzelany. Żonie i synowi udało się wydostać. Ona miała podobno wszyte w gorsecie szmaragdy wielkości orzechów. W 1917 roku noszono jeszcze gorsety.

Clerfayt roześmiał się.

- Jesteś prawdziwym biurem detektywistycznym! Skąd wiesz to wszystko?

- Tu ludzie prędko wiedzą o sobie wszystko - odparł Hollmann z odcieniem goryczy w głosie. - Za dwa tygodnie, kiedy skończy się sezon narciarski, wioska znów będzie przez resztę roku zwykłym plotkarskim grajdołkiem.

Za nimi przeciskała się między stolikami grupa ubranych na czarno ludzi niewielkiego wzrostu, którzy żywo rozmawiali ze sobą po hiszpańsku.

- Jak na małą wioskę towarzystwo wydaje się dosyć międzynarodowe – zauważył Clerfayt.

- Bo takie jest. Śmierć w dalszym ciągu nie jest szowinistką.

- Tego nie byłbym już taki pewny. - Clerfayt rzucił okiem w kierunku drzwi. – Czy to żona tego Rosjanina?

Hollmann obejrzał się za siebie. - Nie.

Rosjanin i kobieta weszli do środka.

- Czyżby ci dwoje też byli chorymi? - spytał Clerfayt. - Owszem. A nie wyglądają na takich, prawda?

- Nie.

- Często tak jest. Przez jakiś czas człowiek wygląda kwitnąco. Potem już nie, ale wtedy przestaje też pokazywać się publicznie. Rosjanin i kobieta zatrzymali się przy drzwiach. Mężczyzna usilnie coś perswadował. Wysłuchała go, po czym gwałtownie potrząsnęła głową i prędko przeszła do położonej w głębi części holu. Mężczyzna patrzył za nią i odczekał chwilę, a następnie wyszedł i wsiadł do sań.

- Chyba się pokłócili - stwierdził Clerfayt nie bez satysfakcji. - Takie sceny zdarzają się tutaj co chwila. Po pewnym czasie każdy trochę wariuje. Psychoza obozu jenieckiego.

Proporcje przesuwają się; drobnostki nabierają wagi, a rzeczy ważne stają się drugorzędne.

Clerfayt przyjrzał się Hollmannowi z uwagą. - U ciebie też?

- U mnie też. Nie można ciągle gapić się w jeden punkt.

- Tych dwoje też mieszka tutaj?

- Kobieta. Mężczyzna mieszka poza sanatorium. Clerfayt wstał od stolika.

- Pojadę teraz do hotelu. Gdzie moglibyśmy razem zjeść kolację? - Tutaj. Mamy jadalnię, w której wolno podejmować gości.

- Dobrze. O której?

- O siódmej. O dziewiątej muszę być w łóżku. Jak w internacie.

- Jak w wojsku - rzekł Clerfayt. - Albo przed wyścigiem. Pamiętasz, jak w Mediolanie kierownik naszej ekipy zapędzał nas do hotelu jak kury na grzędę.

Twarz Hollmanna rozjaśniła się.

- Gabrieli? Jest jeszcze w interesie?

- Naturalnie. Co takiemu może się przytrafić? Kierownicy ekip umierają w łóżku - jak generałowie.

Wróciła kobieta, która weszła z Rosjaninem. Przy wyjściu zatrzymała ją jakaś siwowłosa niewiasta, która cicho rzekła coś do niej ostrym tonem. Kobieta nie odpowiedziała i odwróciła się. Przez chwilę stała niezdecydowana, w końcu zobaczyła Hollmanna i podeszła do niego.

- Krokodyl nie chce mnie już wypuścić. Twierdzi, że nikt mi nie zezwolił na wyjazd. I że będzie musiał donieść na mnie Dalajlamie, jeżeli jeszcze raz spróbuję...

Nagle urwała.

- Lillian, to jest Clerfayt - rzekł Hollmann. - Opowiadałem pani o nim. Przyjechał niespodziewanie.

Kobieta skinęła głową. Wydawała się nie rozpoznawać Clerfayta i zwróciła się ponownie do Hollmanna.

- Ona twierdzi, że powinnam położyć się do łóżka - powiedziała ze złością. – Tylko dlatego, że parę dni temu miałam trochę gorączki. Ale ja nie dam się zamknąć. Nie dziś wieczór! Zostajecie panowie na górze?

- Tak. Zjemy kolacje w Przedpieklu. - Ja też przyjdę.

Skinęła głową Clerfaytowi i Hollmannowi i ruszyła z powrotem w głąb holu.

- Wszystko to wydaje ci się pewnie w tybetańskim stylu - rzekł Hollmann. -

Przedpiekłem nazywa się tutaj pomieszczenie, w którym wolno przebywać gościom. Dalajlama to naturalnie profesor, Krokodyl to siostra przełożona...

- A ta kobieta?

- Nazywa się Lillian Dunkerque. Belgijka z matki Rosjanki. Rodzice nie żyją.

- Dlaczego tak się denerwuje z powodu byle głupstwa? Hollmann wzruszył ramionami. Nagle wydawał się zmęczony.

- Już ci mówiłem, że wszyscy tutaj trochę wariują. Zwłaszcza kiedy ktoś umiera.

- Czy ktoś ostatnio umarł?

- Tak, jej przyjaciółka. Wczoraj, tu w sanatorium. Ludzi to właściwie nie obchodzi, ale zawsze razem z nieboszczykiem coś umiera. Prawdopodobnie trochę nadziei.

- Owszem - zgodził się Clerfayt. - Ale tak jest wszędzie. Hollmann skinął głową.

- Tutaj zaczynają umierać, kiedy się robi wiosna. Częściej niż w Vienne - ciekawe, nieprawdaż?

Górne kondygnacje sanatorium nie wyglądały już na hotel; były szpitalem. Lillian Dunkerque zatrzymała się przed drzwiami pokoju, w którym zmarła Agnes Somerville. Usłyszawszy ze środka jakieś dźwięki i głosy, otworzyła drzwi.

Trumna została już wyniesiona. Okna były otwarte, a dwie sprzątaczki szorowały właśnie pokój. Woda z plaśnięciem uderzała o podłogę, pomieszczenie wypełniał zapach lizolu i mydła, meble były poodwracane, a jaskrawe światło elektryczne wciskało się w każdy kąt. Lillian sądziła nawet przez chwilę, że trafiła do niewłaściwego pokoju. Potem

jednak zobaczyła rzuconego na szafę małego pluszowego misia, który był maskotką zmarłej.

- Już ją zabrano? - zapytała.

Jedna ze sprzątaczek podniosła głowę.

- Przeniesiono ją do numeru siódmego. Musimy tutaj posprzątać. Jutro rano przyjedzie już jakaś nowa.

- Dziękuję.

Lillian zamknęła drzwi. Znała numer siódmy; był to mały pokój obok windy bagażowej. Przenoszono do niego zmarłych, bo stamtąd łatwo można ich było zwieźć w nocy windą na dół. Jak walizki, pomyślała Lillian. A ostatnie ślady po nich zmywano mydłem i lizolem. W pokoju numer siedem nie paliło się światło. Zabrano także świece. Trumna była już zamknięta. Nasadzono wieko zakrywając szczupłą twarz i błyszczące rude włosy, a następnie przymocowano pokrywę śrubami. Wszystko było gotowe do transportu. Kwiaty zdjęto z trumny; leżały na stoliku obok, zawinięte w kawałek ceraty. W ceracie były metalowe kółka z przewleczonymi przez nie sznurkami, dzięki czemu kwiaty dawało się nieść w jednej ręce. Obok leżały wieńce, powkładane jeden w drugi jak kapelusze w sklepie kapeluszniczym. Zasłony były niezasunięte, okna otwarte na oścież. W pokoju panował ostry chłód. Do środka zaglądał księżyc.

Lillian przyszła tutaj, żeby raz jeszcze zobaczyć zmarłą. Okazało się, że przyszła za późno. Nikt nigdy już nie zobaczy bladej twarzy i błyszczących włosów, które były kiedyś Agnes Somerville. Tej nocy po kryjomu zwiozą trumnę na dół i przetransportują ją saniami do krematorium. Tam w nagłym strumieniu ognia zacznie się palić, rude włosy raz jeszcze zatrzeszczą i sypną iskrami, sztywne ciało w płomieniach raz jeszcze się podniesie, jakby na powrót ożyło - a potem wszystko opadnie zamieniając się w popiół i niebyt, i kilka bladych wspomnień.

Lillian spojrzała na trumnę. Gdybyż to jeszcze żyła! - pomyślała nagle. Czy nie mogłoby się zdarzyć, żeby raz jeszcze wróciła do siebie w tej koszmarnej skrzyni`? Czy czasami już tak nie bywało? Kto zresztą wiedział, jak często się to zdarzało? Znane były nieliczne przypadki, kiedy ratowano ludzi z letargu, ale wiadomo to, ilu takich, co udusili się bez słowa, nigdy nie odkryto? Czy to niemożliwe, żeby Agnes Somerville próbowała teraz, właśnie teraz, krzyczeć w ciasnej ciemności szeleszczącego jedwabiu, z zaschniętym gardłem, nie będąc w stanie wydać żadnego dźwięku? Chyba zwariowałam, pomyślała Lillian; co za myśli przychodzą mi do głowy? Nie powinnam była tu przychodzić! Dlaczego to zrobiłam? Z jakiegoś sentymentalnego porywu? Z powodu zamętu w mojej głowie? Czy z tej przerażającej ciekawości, żeby raz jeszcze wpatrzeć się w czyjąś martwą twarz niczym w jakąś przepaść, z której mimo wszystko może uda się jeszcze wydrzeć odpowiedź? Światło, pomyślała, muszę zapalić światło!

Wróciła do drzwi; nagle jednak zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać. Wydało jej się, że usłyszała jakiś szelest, bardzo cichy, ale wyraźny, jakby paznokcie drapały jedwab. Szybko przekręciła kontakt. Ostre światło nieosłoniętej żarówki pod sufitem w jednej chwili odpędziło noc, księżyc i przerażenie! Słyszę duchy, pomyślała. To była moja własna sukienka! Moje własne paznokcie. A nie zmęczona, dogasająca resztka życia, która drgnęła w martwym ciele.

Ponownie wlepiła wzrok w trumnę, stojącą teraz w jaskrawym świetle żarówki. Nie - w tej czarnej polerowanej skrzyni z uchwytami z brązu nie było już życia. Przeciwnie - zamknięta w niej była najmroczniejsza groźba, jaką zna ludzkość. Nie leżała już w niej nieruchomo, z zastygłą krwią i rozdętymi płucami jej przyjaciółka Agnes Somerville, nie było to także woskowe odbicie człowieka, w którym zamknięte soki zaczynały powoli rozkładać ciało - nie, w tej skrzyni czyhała jedynie absolutna pustka, cień pozbawiony cienia, niepojęta pustka z wiecznym głodem innej pustki, która

mieszkała i rosła w każdym stworzeniu, która przychodziła na świat wraz z każdym człowiekiem, która była także w niej, Lillian Dunkerque, i rosła w milczeniu, dzień po dniu wyżerała z niej życie, aż w końcu zostanie ona, a powłokę życia podobnie jak tę tutaj zapakuje się do czarnego pudła niczym odpadki przeznaczone na śmietnik.

Sięgnęła ręką za siebie szukając klamki. W chwili, kiedy jej dotknęła, klamka w jej dłoni gwałtownie przekręciła się. Wydała stłumiony okrzyk. Drzwi otworzyły się. Przed Lillian stanął zaskoczony posługacz i wytrzeszczył oczy.

- Co się dzieje? - wyjąkał. - Skąd się tu pani wzięła? - Popatrzył mimo niej w głąb pokoju, gdzie zasłony trzepotały w przeciągu. Przecież było zamknięte! Jak weszła pani do środka? Gdzie jest klucz? - Nie było zamknięte.

- W takim razie ktoś musiał... - Posługacz spojrzał na drzwi. - A, jest w zamku! - Przetarł ręką czoło. - Wie pani, przez chwilę myślałem... - Wskazał trumnę. - Myślałem, że to pani i że...

- To przecież ja - szepnęła Lillian.

- Co?

- Nic.

Mężczyzna postąpił krok w głąb pokoju.

- Nie rozumie mnie pani. Myślałem, że pani jest tą zmarłą! Coś takiego! A przeszedłem już w życiu niejedno! - Zaśmiał się.

- To się nazywa strach nocną porą! Co pani tutaj właściwie robi? Numer osiemnaście dawno już został zakręcony.

- Kto?

- Numer osiemnaście. Nazwiska nie znam. Nie jest zresztą potrzebne. Kiedy przyjdzie na kogoś kryska, nie pomoże mu najładniejsze imię. - Posługacz wyłączył światło i zamknął drzwi. - Proszę się cieszyć, panienko, że to nie pani – powiedział dobrodusznie.

Lillian wygrzebała z torebki monetę.

- To mała rekompensata za strach, którego panu napędziłam. Posługacz zasalutował i potarł dłonią szczeciniasty zarost.

- Serdeczne dzięki! Podzielę się z kolegą. Po takim smutnym zajęciu piwo z żytkiem zawsze smakuje nad podziw. Proszę sobie nie brać tego zbytnio do serca, panienko. Kiedyś wszyscy będziemy musieli w to uwierzyć.

- Tak - odparła Lillian. - Jest w tym pewna pociecha. Naprawdę cudowna pociecha, nieprawdaż?

Stała w swoim pokoju. Centralne ogrzewanie brzęczało. Paliły się wszystkie lampy. Jestem wariatką, pomyślała. Boję się nocy. Boję się samej siebie. Co mam robić? Mogę wziąć środek nasenny i zostawić światło zapalone. Mogę zadzwonić do Borysa i z nim porozmawiać. Wyciągnęła rękę w kierunku telefonu, ale nie podnosiła słuchawki.

Wiedziała, co by jej powiedział. Wiedziała też, że Borys ma rację. Człowiek posiadał tę odrobinę rozumu, by uświadamiać sobie, że nie może żyć wyłącznie według jego zasad. Żyło się uczuciami - a wówczas żadne racje nie zdawały się na nic. Przycupnęła na fotelu przy oknie. Mam dwadzieścia cztery lata, pomyślała, tyle samo, co Agnes. Jestem tu na górze od czterech lat. Wcześniej przez prawie sześć lat była wojna. Co ja poznałam z życia? Zniszczenia, ucieczkę z Belgii, łzy, strach, śmierć rodziców, głód, a potem chorobę spowodowaną przez głód i ucieczkę. Wcześniej byłam dzieckiem. Ledwo jeszcze pamiętam, jak musiały wyglądać miasta nocą w czasach pokoju. Tysiące świateł i promienny świat na ulicach - co ja z tego jeszcze pamiętam? Znam tylko zaciemnienia i deszcz bomb z nieba, na którym nie było żadnych świateł, a potem okupację i strach, i kryjówki, i chłód. Szczęście? Jakże skurczyło się to

nieskończone słowo, które tak błyszczało kiedyś w marzeniach! Szczęściem był już nieogrzewany pokój, bochenek chleba, piwnica, miejsce, które nie znajdowało się pod obstrzałem. Później przyszło sanatorium. Nieruchomym wzrokiem patrzyła przez okno.

Na dole obok wejścia dla dostawców i służby stały sanie. Może przyjechały już po Agnes Somerville. Przed rokiem weszła roześmiana z futrami i bukietem kwiatów głównym wejściem do sanatorium; teraz opuszczała budynek ukradkiem, wejściem dla służby, jakby nie zapłaciła rachunku. Sześć tygodni temu układała jeszcze z Lillian plany

wyjazdu. Wyjazdu - widma, wyjazdu - fatamorgany, który nigdy nie doszedł do skutku. Zadzwonił telefon. Zawahała się chwilę, lecz podniosła słuchawkę. - Tak, Borysie. - Słuchała uważnie. - Tak, Borys. Tak, jestem rozsądna... tak, wiem, że dużo więcej ludzi umiera na zawał serca i raka... czytałam statystyki, tak, Borysie... wiem, że tak nam się

tylko wydaje, bo żyjemy tu na górze tak blisko ze sobą... tak, wielu zostaje wyleczonych, tak, tak... nowe środki, tak, Borysie, jestem rozsądna, z pewnością... nie, nie przyjeżdżaj... tak, kocham cię, Borysie, naturalnie...

Odłożyła słuchawkę.

- Rozsądna - szepnęła do siebie wpatrując się w lustro, z którego wpatrywała się w nią jej twarz, obca, obcymi oczyma - ...rozsądna! Mój Boże, pomyślała, o wiele za długo byłam rozsądna! I po co? Żeby zostać numerem dwudziestym albo trzydziestym w pokoju numer siedem obok windy bagażowej. Czymś zamkniętym w czarnej skrzyni, przed czym człowiekowi włos jeży się na głowie?

Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Przed nią była ciemna, niekończąca się noc, pełna paniki i nudy, owej przerażającej mieszanki będącej znakiem rozpoznawczym wszystkich sanatoriów - paniki przed chorobą i nudy reglamentowanej egzystencji, które razem stawały się nie do zniesienia, ponieważ ów kontrast prowadził jedynie do intensywnego uczucia zupełnej bezradności.

Lillian wstała. Teraz byle tylko nie zostawać sam na sam ze sobą! Na dole powinno być jeszcze parę osób - przynajmniej Hollmann i jego gość. W jadalni oprócz Hollmanna i Clerfayta siedziało jeszcze troje Latynosów, dwóch

mężczyzn i dosyć tęga, niewysoka kobieta. Wszyscy troje ubrani byli na czarno; wszyscy troje milczeli. Przypominali małe czarne pagórki siedząc pośrodku pomieszczenia pod jasną lampą.

- Przyjechali z Bogoty - wyjaśnił Hollmann. - Zatelegrafowano po nich. Córka mężczyzny w rogowych okularach była umierająca. Ale odkąd oni są tutaj, dziewczynie nagle się polepszyło. Teraz nie wiedzą, co robić: wracać czy zostać tutaj.

- Przecież matka mogłaby zostać, a tamci wrócić?

- Ta gruba kobieta nie jest matką, tylko macochą. To ona ma pieniądze, za które żyje tutaj Manuela. Właściwie żadne nie chce zostać, nawet jej ojciec. W Ameryce prawie zapomnieli o dziewczynie. Regularnie przysyłali czeki, sami żyli w Bogocie, a Manuela tutaj - od pięciu lat - i raz na miesiąc pisała do nich list. Ojciec i macocha od dawna mają dzieci, których Manuela nie zna. Wszystko było dobrze - dopóki nie zachciało jej się umierać. Wtedy oczywiście musieli przylecieć, choćby z uwagi na reputację. Żona nie chciała puścić męża samego. Jest starsza od niego i zazdrosna, i wie, że jest za gruba. Żeby się czuć pewniej, wzięta ze sobą brata. W Bogocie i bez tego opowiadano o niej, że wypchnęła Manuelę z domu; teraz chce pokazać, że ją kocha. A więc nie jest to tylko kwestia zazdrości, ale i prestiżu. Gdyby wróciła sama, znów dostałaby się na ludzkie języki. Dlatego siedzą tutaj i czekają.

- A Manuela?

- Ojciec i macocha zaraz po przyjeździe bardzo ją kochali, bo miała przecież umrzeć lada godzina. Biedna Manuela, która nigdy nie zaznała miłości, tak była tym uszczęśliwiona, że zaczęła wracać do sił. Teraz jednak rodzice tracą już cierpliwość. Poza tym z każdym dniem robią się coraz grubsi, bo trapi ich jakiś nerwowy głód i wciąż opychają się słynnymi miejscowymi słodyczami. Za tydzień będą już Manueli nienawidzić, bo nie śpieszy jej się na tamten świat.

- Albo przyzwyczają się do wioski, kupią cukiernię i osiedlą się tutaj – rzekł Clerfayt.

Hollmann roześmiał się.

- Masz makabryczną wyobraźnię.

- Przeciwnie. Mam tylko makabryczne doświadczenia. Ale skąd ty to wszystko wiesz?

- Już ci mówiłem, że tutaj nikt nie ma tajemnic. Siostra Cornelia Wehrli mówi po hiszpańsku i jest powiernicą macochy. Trzy czarne postacie podniosły się od stolika. Nie zamieniły ze sobą słowa. Uroczyście, z godnością kroczyły jedna za drugą do drzwi. Zderzyły się niemal z Lillian Dunkerque, która wpadła do jadalni z takim impetem, że gruba kobieta przestraszyła się i z wysokim ptasim piskiem usunęła się na bok. Lillian podeszła śpiesznym krokiem do stolika Hollmanna i Clerfayta i dopiero wtedy obejrzała się za kobietą.

- Dlaczego ona wrzeszczy? - szepnęła. - Przecież nie jestem duchem! A może jednak już jestem? - Zaczęta szukać lusterka. - Dziś wieczór, jak się zdaje, potrafię każdego przestraszyć.

- Kogo jeszcze? - spytał Hollmann.

- Posługacza.

- Co? Józefa?

- Nie, tego drugiego, który pomaga Józefowi. Wie pan, tego... Hollmann przytaknął.

- Nas pani nie przestraszy, Lillian.

Schowała lusterko do torebki. - Był już tutaj Krokodyl?

- Nie, ale lada chwila powinien nadejść i nas wyrzucić. Jest punktualny jak pruski feldfebel.

- Józef ma służbę przy drzwiach dzisiaj w nocy. Zasięgnęłam informacji. Możemy się wymknąć. Pójdzie pan?

- Dokąd? Do Palace Bar? - Gdzieżby indziej?

- W Palace Bar nic się nie dzieje - wtrącił Clerfayt. - Właśnie stamtąd przyszedłem.

- Dla nas dzieje się zawsze wystarczająco wiele - zaśmiał się Hollmann. – Nawet jeśli nie ma tam żywej duszy. Ledwo wyściubimy nos poza sanatorium, wszystko jest dla nas podniecające. Tutaj ludzie robią się skromni.

- Teraz możemy się prześlizgnąć - powiedziała Lillian Dunkerque - Oprócz Józefa nikt nie pilnuje wyjścia. Drugi  posługacz jest na razi, zajęty.

Hollmann wzruszył ramionami.

- Mam lekką gorączkę, Lillian. Niespodziewanie, dzisiaj wieczór - diabli wiedzą, skąd się wzięła! Może dlatego, że zobaczyłem znowu brudny sportowy wóz Clerfayta.

Do sali weszła sprzątaczka i zaczęła wystawiać krzesełka na stoły żeby wytrzeć podłogę.

- Czasami urywaliśmy się też z gorączką - zauważyła Lillian. Hollmann spojrzał na nią z zakłopotaniem.

- Wiem. Ale dzisiaj nie, Lillian.

- Także z powodu brudnego sportowego wozu? - Być może. A co z Borysem? Nie przyłączy się?

- Borys sądzi, że śpię. Dziś po południu raz już go zmusiłam, żeby mnie wziął na przejażdżkę. Drugi raz tego nie zrobi.

Sprzątaczka rozsunęła zasłony. Przed oknem stanął nagle potężni i wrogi krajobraz - zalane księżycem zbocza, czarny las, śnieg W porównaniu z nim troje ludzi sprawiało wrażenie zagubionych Sprzątaczka zaczęła gasić kinkiety. Z każdym gaszonym światłem krajobraz wydawał się przybliżać o krok do ludzi w jadalni.

- A oto i Krokodyl - rzekł Hollmann.

W drzwiach stała siostra przełożona. Uśmiechnęła się silnymi zębami i zimnymi oczyma.

- Nocne marki, jak zwykle! Kończymy, proszę państwa! - Nie skomentowała nawet słowem faktu, że Lillian Dunkerque jest jeszcze na nogach. - Kończymy - powtórzyła. - Do łóżek! Do łóżek! Jutro też będzie dzień!

Lillian wstała.

- Jest pani tego taka pewna?

- Całkowicie pewna - odparła siostra przełożona deprymująco pogodnym tonem. -Środek nasenny dla pani leży na nocnym stoliku, miss Dunkerque. Będzie pani spoczywać niczym w objęciach Morfeusza!

- Niczym w objęciach Morfeusza! - powtórzył Hollmann z odrazą, kiedy odeszła. -Krokodyl jest królową oklepanych powiedzonek. Dziś wieczór była jeszcze łaskawa.

Dlaczego te policjantki stojące na straży zdrowia muszą traktować każdego, kto trafi do szpitala, z taką potworną wyrozumiałą wyższością, jakby był dzieckiem albo kretynem?

- To zemsta za to, czym muszą się zajmować zawodowo - odparła złośliwie Lillian.

- Gdyby nie to, kelnerzy i pielęgniarki umieraliby na kompleks niższości.

Stali w holu naprzeciwko windy.

- Dokąd się pan teraz wybiera? - spytała Lillian Clerfayta. Spojrzał na nią.

- Do Palace Bar.

- Zabierze mnie pan ze sobą?

Zawahał się chwilę. Miał pewne doświadczenia z ekscentrycznymi Rosjankami. Również z półkrwi Rosjankami. Ale potem przypomniał sobie scenę z saniami i wyniosłą minę Wołkowa.

- Czemu nie - powiedział. Uśmiechnęła się bezradnym uśmiechem.

- Czy to nie smutne? Prosi się o odrobinę wolności niczym jakiś pijaczyna nieprzystępnego barmana o ostatni kieliszek. Czy to nie żałosne?

Clerfayt pokręcił głową.

- Wystarczająco często sam to robiłem.

Po raz pierwszy spojrzała mu prosto w twarz. - Pan? - spytała. - Dlaczego akurat pan?

- Każdy ma swoje powody. Nawet kamień. Gdzie mam na par czekać? Chyba że od razu pójdzie pani ze mną?

- Nie. Musi pan wyjść przez główne wejście, którego pilnuje Krokodyl. Proszę potem zejść pierwszą serpentyną, wziąć tam sanie i podjechać z prawej strony na tyły sanatorium pod wejście dostawców i służby. Tamtędy wyjdę z budynku.

- Dobrze.

Lillian wsiadła do windy. Hollmann zwrócił się do Clerfayta:

- Nie będziesz miał nic przeciwko temu, że nie pojadę z wami dziś wieczór?

- Oczywiście, że nie. Jutro przecież jeszcze nie wyjeżdżam. Hollmann spojrzał na niego badawczo.

- A Lillian? Wolałbyś zostać sam?

- W żadnym wypadku. Kto by zresztą chciał zostawać sam? Clerfayt przeciął pusty hol i wyszedł na zewnątrz. Przy drzwiach paliło się jeszcze tylko małe światło. Przez duże okna padał na podłe w postaci szerokich rombów blask księżyca. Obok drzwi stał Krokodyl.

- Dobranoc - rzekł Clerfayt.

- Good night - odpowiedziała, nie wiedzieć czemu przechodząc nagle na angielski. Ruszył serpentynami w dół, aż w końcu znalazł sanie. - Mógłby pan podnieść budę? - spytał woźnicę.

- Dziś wieczór? Przecież nie jest już wcale tak zimno!

Clerfayt nie chciał sadzać Lillian w odkrytych saniach, ale nie miał ochoty wynajdywać jakichś argumentów.

- Dla pana może nie, ale dla mnie jest. Przyjechałem właśnie z Afryki - odparł. -Może więc pan zasłonić sanie?

- To co innego. - Woźnica zgramolił się z kozła i zaciągnął hamulec - Może być tak?

- Bardzo dobrze. A teraz proszę podjechać pod sanatorium Bella Vista – pod wejście od tyłu.

Lillian Dunkerque czekała. Narzuciła na siebie cienkie czarne brajtszwance. Clerfayt nie zdziwiłby się, gdyby przyszła w samej sukni wieczorowej bez płaszcza.

- Wszystko poszło jak z płatka - szepnęła. - Mam klucz, Józef dostanie za to butelkę wiśniówki.

Clerfayt pomógł jej wsiąść do sań.

- Gdzie pański samochód? - zapytała.

- W myjni.

Kiedy unie przejeżdżały obok głównego wejścia do sanatorium, odchyliła się do tyłu w głąb ciemnej budy.

- Dziś wieczór nie przyjechał pan na górę swoim wozem ze względu na Hollmanna? - zapytała po chwili.

Spojrzał na nią.

- Dlaczego ze względu na Hollmanna?

- Żeby go nie widział. Żeby oszczędzać przyjaciela?

Tak rzeczywiście było. Clerfayt zauważył, że widok Giuseppe wprawił Hollmanna w zbyt silne podniecenie.

- Nie - odpowiedział. - Po prostu wóz musiał być jak najprędzej umyty.

Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.

- Proszę mnie też poczęstować - powiedziała Lillian. - Wolno pani palić?

- Oczywiście - odparła tak ostrym tonem, że natychmiast domyślił się, że to nieprawda.

- Mam tylko gauloise’y. Czarny mocny tytoń Legii Cudzoziemskiej.

- Znam ten gatunek. Paliliśmy je w czasie okupacji.

- W Paryżu?

- W pewnej piwnicy w Paryżu. Podał jej ogień.

- Skąd pan przyjechał? - zapytała. - Z Monte Carlo?

- Nie, z Vienne.

- Vienne? W Austrii?

- Vienne niedaleko Lyonu. Na pewno go pani nie zna. To zaspane miasteczko, którego jedyna sława polega na tym, że posiada jedną z najlepszych restauracji we Francji - w Hotel de Pyramide.

- Przyjechał pan przez Paryż?

- Wtedy nadłożyłbym za dużo drogi. Paryż leży o wiele dalej na północ.

- Więc którędy pan jechał?

Clerfayt zdziwił się, dlaczego chciała to wiedzieć tak dokładnie.

- Zwykłą trasą - powiedział. - Przez Belfort i Bazyleę. W Bazylei lałem coś jeszcze do załatwienia.

Lillian milczała przez chwilę.

- I jak było? - zapytała w końcu.

Co? Podróż? Nudy. Szare niebo i płasko, dopóki nie wjedzie w Alpy. Usłyszał, jak oddycha w ciemności. A potem w świetle sklei z zegarkami prześlizgującym się po saniach ujrzał jej twarz. Malował na niej osobliwy wyraz zdziwienia, drwiny i bólu.

- Nudy? - powtórzyła. - Płasko? Mój Boże, ileż bym dała za t żeby nie musieć już patrzeć na góry. Nagle zrozumiał, dlaczego wypytywała go tak szczegółowo. Dla chorych tutaj góry były murami, które ograniczyły ich wolność. Góry dawały im lekki oddech i nadzieję, ale nie mogli ich opuścić. Ich świat ograniczał się do tej położonej wysoko doliny, i dlatego każda wiadomość z dołu była wiadomością z utraconego raju.

- Jak długo już pani tu jest? - zapytał.

- Cztery lata.

- A kiedy będzie pani mogła wrócić na dół?

- Proszę zapytać Dalajlamę - odpowiedziała z goryczą. - Obiecuje mi to co parę miesięcy - tak jak zbankrutowane rządy obiecują jeden plan kwartalny po drugim. Sanie zatrzymały się przed wjazdem na główną szosę. Minęła i hałaśliwa grupa turystów w kombinezonach narciarskich. Kobit o bardzo jasnych włosach, ubrana w niebieski pulower, objęła konia szyję. Koń zaczął parskać.

- Come, Daisy, darling - zawołał któryś z turystów. Lillian gwałtownym ruchem wyrzuciła papierosa w śnieg.

- Ci ludzie płacą mnóstwo forsy, żeby przyjechać tutaj w góry - czyż nie można skonać ze śmiechu?

- Nie - odparł spokojnie Clerfayt. Sanie ruszyły znowu.

- Proszę mnie poczęstować jeszcze jednym papierosem. – rzekła Lillian.

Clerfayt podsunął jej paczkę.

- Z pewnością nie rozumie pan tego wszystkiego - mruknęła. Można się tutaj czuć jak w obozie jenieckim. Nie jak w więzieniu; tam przynajmniej wiadomo, kiedy się wyjdzie. Jak w obozie, gdzie nikt ma żadnego wyroku.

- Rozumiem to - rzekł Clerfayt. - Sam w takim byłem.

- Pan? W sanatorium?

- W obozie jenieckim. Podczas wojny. Ale u nas było akurat odwrotnie. Zamknięto nas na nizinnych mokradłach, a szwajcarskie góry oznaczały dla nas wymarzoną wolność. Widzieliśmy je z obozu. Jeden z nas, który pochodził z tych okolic, swoimi opowieściami doprowadzał nas niemal do szaleństwa. Gdyby zaproponowano nam wtedy zwolnienie w zamian za to, że zobowiązalibyśmy się żyć potem przez kilka lat w tych górach, sądzę, że wielu by się zgodziło. Też można skonać ze śmiechu, prawda?

- Nie. Czy pan też by się zgodził?

- Ja miałem plan ucieczki.

- Kto by go nie miał? I uciekł pan?

- Tak...

Lillian wychyliła się do przodu.

- Udało się panu zbiec? Czy złapali pana znowu?

- Udało mi się zbiec. W przeciwnym razie nie byłoby mnie tutaj. Trzeciego wyjścia nie miałem.

- A ten drugi człowiek? - zapytała po chwili. - Ten, który ciągle opowiadał o górach?

- Zmarł w obozie na tyfus. Tydzień przed wyzwoleniem.

Sanie zatrzymały się przed hotelem. Clerfayt spostrzegł, że Lillian nie ma kaloszy. Wziął ją zatem na ręce, przeniósł przez śnieg i postawił na ziemi przed wejściem.

- Para jedwabnych pantofelków uratowana - powiedział. - Naprawdę chce pani pójść do baru?

- Tak. Muszę się czegoś napić:

W barze narciarskie towarzystwo w ciężkich butach tupało na parkiecie. Kelner przesunął na miejsce stolik w kącie sali.

- Wódka? - zapytał Clerfayta.

- Nie. Coś gorącego. Grzane wino albo grog. - Clerfayt spojrzał na Lillian. - Co pani woli?

- Wódka. Czy i pan przedtem nie pił wódki?

- Owszem, ale to było przed jedzeniem. Zgódźmy się na coś, co Francuzi nazywają Panem Bogiem w aksamitnych spodenkach. Na bordeaux. Widział, że lustruje go nieufnym spojrzeniem. Przypuszczalnie sądziła, że chce ją

traktować jak chorą i oszczędzać.

- Nie kiwam pani - powiedział. - Gdybym był teraz sam, też bym zamówił wino. Wódki możemy pić, ile pani zechce, jutro przed kolacją. Przemycimy butelkę do sanatorium.

- Dobrze. W takim razie może być wino, które wczoraj wieczorem pił pan na dole we Francji - w Hotel de Pyramide w Vienne.

Clerfayt był zaskoczony, że zapamiętała nazwę miejscowości. Trzeba się przy niej mieć na baczności, pomyślał; kto ma taką pamięć do nazw zwraca też uwagę na inne rzeczy.

- To było bordeaux - powiedział - Lafite Rothschild.

Nie było to zgodne z prawdą. W Vienne pił miejscowe lekkie wino, nieznane za granicą, ale nie było potrzeby tego wyjaśniać.

- Proszę nam przynieść chateau Lafite rocznik 1937, jeśli je macie - rzekł do kelnera. - I proszę go nie ogrzewać gorącą serwetą. Najlepiej proszę je przynieść takie, jak leży w piwnicy.

- Mamy je też w temperaturze pokojowej, proszę pana.

- Szczęśliwie się składa!

Kelner podszedł do bufetu i za chwilę wrócił. - Telefon do pana, panie Clerfayt.

- Od kogo?

- Tego nie wiem, proszę pana. Mam zapytać?

- To z sanatorium! - wtrąciła nerwowo Lillian. - Krokodyl!

- Zaraz się przekonamy. - Clerfayt wstał. - Gdzie jest kabina?

- W holu, po prawej stronie obok drzwi do baru.

- Tymczasem proszę przynieść wino i otworzyć butelkę. Nie trochę pooddycha.

- Czy to był Krokodyl? - spytała Lillian, kiedy wrócił.

- Nie. To był telefon z Monte Carlo. - Clerfayt zawahał się, ale gdy zobaczył błysk zaciekawienia na jej twarzy, pomyślał, że może nie zaszkodzi, jeśli się dowie, że gdzie indziej też umierają ludzie. Ze szpitala w Monte Carlo - dodał. - Pewien mój znajomy umarł.

- Musi pan wracać?

- Nie. Zresztą nic więcej nie da się już zrobić. Myślę nawet, że szczęście dla niego.

- Szczęście?

- Tak. Miał wypadek w czasie wyścigu i zostałby kaleką do końca życia.

Lillian wytrzeszczyła na niego oczy. Miała wrażenie, że się przesłyszała. Co za barbarzyńskie bzdury wygadywał tutaj ten zdrowy intruz?

- Nie sądzi pan, że i kalecy czasem chcą żyć? - zapytała bardzo cicho głosem nabrzmiałym nagle nienawiścią.

Clerfayt nie odpowiedział od razu. W uszach miał jeszcze twardy, metaliczny, zrozpaczony głos kobiety, która do niego dzwoniła: Co ja pocznę? Ferrer niczego po sobie nie zostawił! Ani grosza! Proszę przyjechać! Proszę mi pomóc! Nie wiem, co dalej! To pan jest winny! Wszyscy jesteście winni! Wy z waszymi przeklętymi wyścigami! Strząsnął wspomnienie tej rozmowy.

- To zależy - powiedział do Lillian. - Ten mężczyzna był nieprzytomnie zakochany w pewnej kobiecie, która zdradzała go z każdym mechanikiem. A on był zapalonym kierowcą wyścigowym, który nigdy jednak nie wybiłby się ponad przeciętność. Wszystko, czego chciał od życia, to były zwycięstwa w wielkich wyścigach i ta kobieta. Zmarł, zanim

poznał prawdę o jednym i drugim - i zmarł także, nie wiedząc, że ta kobieta nie chciała go więcej widzieć, bo miał amputowaną nogę. To właśnie mam na myśli mówiąc tutaj o szczęściu.

- A może mimo to chciał jeszcze żyć?

- Tego nie wiem - odparł Clerfayt, nagle rozdrażnionym tonem. - Ale widziałem, jak ludzie umierali w żałośniejszy sposób. Pani pewnie też?

- Owszem - przyznała Lillian, trwając jednak w swoim uporze. - Ale wszyscy chcieli jeszcze żyć.

Clerfayt milczał. O czym ja tutaj gadam? I po co? Ale czyż nie mówię po to, żeby samemu przekonać się o czymś, w co nie wierzę? Ten twardy, metaliczny głos przyjaciółki Ferrera w słuchawce!

- Nikomu nie udaje się uciec - powiedział w końcu niecierpliwym tonem. - I nikt nie wie, kiedy i jak go to dopadnie. Kto by tam zresztą wykłócał się o czas? Bo czym właściwie jest długie życie? Długą przeszłością. A przyszłość zawsze sięga tylko do następnego oddechu. Albo do następnego wyścigu. Co dalej, nie wiadomo. - Uniósłkieliszek. -Wypijemy za to?

- Za co?

- Za nic. Może za odrobinę odwagi.

- Mam już odwagi po dziurki w nosie - powiedziała Lillian. I pociechy też. Proszę mi lepiej opowiedzieć, jak wygląda na dole. Po drugiej stronie gór.

- Smutno. Nic, tylko deszcz. Już od tygodni. Powoli odstawiła kieliszek na stół.

- Deszcz nie padał tutaj już od października. Tylko śnieg. Prawie już zapomniałam, jak wygląda deszcz...

 

Kiedy wychodzili, padał śnieg. Clerfayt przywołał gwizdnięciem sanie. Jechali serpentynami pod górę. Dzwoniły dzwonki przy końskiej uprzęży. Szosa była cicha pośród wirującej ciemności. Po chwili usłyszeli z naprzeciwka zbliżające się dzwonki. Woźnica zatrzymał się na mijankę pod latarnią, żeby zrobić miejsce koledze jadącemu z

góry. Koń niecierpliwie parskał i bił kopytami o ziemię. W zadymce śnieżnej drugie sanie przemknęły obok niemal bezszelestnie. Były to niskie sanie przeznaczone do transportu, stała na nich długa skrzynia owinięta w czarną ceratę. Obok skrzyni widać było plandekę, spod której wyglądały kwiaty, i drugą płachtę narzuconą na stos wieńców.

Woźnica przeżegnał się i popędził konia do dalszej jazdy. W milczeniu przebyli ostatnie zakręty i zatrzymali się przed bocznym wejściem sanatorium. Elektryczna żarówka pod porcelanowym kloszem rzucała na śnieg krąg żółtego światka, w którym leżało parę oderwanych zielonych listków. Lillian wysiadła z sań.

- Wszystko na nic - powiedziała z wymuszonym uśmiech - Na chwilę można zapomnieć - ale ujść przed tym nie sposób. Otworzyła drzwi.

- Dziękuję - mruknęła. - I przepraszam - nie byłam doby towarzystwem. Ale nie mogłam być sama dziś wieczór.

- Ja też.

- Pan też? Dlaczego?

- Z tego samego powodu, co pani. Już pani opowiadałem. Telefon z Monte Carlo.

- Ale mówił pan przecież, że to szczęście.

- Są różne rodzaje szczęścia. A poza tym mówi się to i to - Clerfayt sięgnął do kieszeni płaszcza. - To wiśniówka, którą obiecała pani posługaczowi. A to butelka wódki dla pani. Dobranoc.

 

На следующей странице можно читать продолжение романа Ремарка на польском языке «Жизнь взаймы» (Nim nadejdzie lato) – 2 глава».

Другие литературные произведения, переведённые на польский язык, можно читать онлайн в разделе «Книги на польском».

 

французский

испанский

португальский

польский

чешский

словацкий

венгерский

румынский

болгарский

словенский

сербский

хорватский

македонский

иврит

турецкий

арабский

фарси

урду

пушту

молдавский

украинский

белорусский

русский

грузинский

армянский

азербайджанский

узбекский

казахский

киргизский

монгольский

Изучение иностранных языков - новое

Уроки иностранных языков онлайн

Как Вы узнали о наших курсах иностранных языков?