gototopgototop

английский

итальянский

немецкий

нидерландский

датский

шведский

норвежский

исландский

финский

эстонский

латышский

литовский

греческий

албанский

китайский

японский

корейский

вьетнамский

лаосский

кхмерский

бирманский

тайский

малайский

яванский

хинди

бенгальский

сингальский

тагальский

непальский

малагасийский

Сказка для детей старшего возраста на польском языке «CIEKAWA BABA»

Сказка на польском языке «CIEKAWA BABA» для детей старшего возраста, а также для взрослых, изучающих польский язык. Другие сказки и легенды находятся в разделе «Сказки и легенды на польском языке», а литературу самых разных жанров можно читать онлайн в разделе «Книги на польском».

 

CIEKAWA BABA

 

Kidyś dawno, dawno żył w jednej wsi pracowity, młody chłop, który miał nieznośną żonę. Pomagał jej, w czym mógł: to drew narąbał pod blachę, to wodę przyniósł, to zrobił zagatę ze słomy dookoła chaty, żeby jej było ciepło w zimie. W nocy podawał jej nawet z kołyski dziecko do karmienia, żeby nie potrzebowała wstawać z łóżka. Dobry był i dla innych, toteż wszyscy go lubili, nawet zwierzęta. Pies łasił się do niego, kogut chodził za nim krok w krok, a wół nadstawiał łeb, żeby gospodarz poklepał go po karku i po-skrobał za uchem.

Gospodyni nie była taka dobra jak gospodarz. To na sąsiadkę krzyczy, to psa kopnięciem wygania, to na męża fuka. A wciąż wyrzeka na niego przed ludźmi:

— Moiściewy, skaranie boskie z tym chłopem! Takiego zgodliwego nie ma chyba na całym świecie. Gdzie go posadzę, tam siedzi. Co powiem, to mu dobrze. Dokąd pójdę, to on za mną. Ani się ze mną pokłóci, ani mnie uderzy, ani nic. Drewniana fajka więcej warta niż taki mąż.

Niejedna sąsiadka wzdychała, słysząc to sarkanie: „Ach, żebym ja miała takiego dobrego męża jak ona! A ta się skarży". Ciekawa baba pytała męża od rana do nocy:

— Gdzieś ty był? — O czym myślisz? — Z kim się widziałeś? — Co robisz? — Co ci się śniło? — Co ci kum powiedział?

Tak mu tym pytaniem dokuczyła, że przestał odpowiadać. Wtedy baba nuż wykrzykiwać ze złością:

— Chyba mnie ciekawość spali przy takim mruku!

— Nie jesteś księdzem, żebym ci się miał spowiadać — mówi chłop. — Ja robię swoje, a ty pilnuj swego.

Pewnego razu, a było to na początku lata, poszli chłopi na łąkę z kosami. Nasz gospodarz kosi, a niedaleko inny chłop razem z synami kosi także. Wtem tamci zbiegli się w jedno miejsce, podnoszą kosy i wołają:

— Wąż, wąż! Zabij go!

Gospodarz przeskoczył rów, podbiegł i widzi, że to zaskroniec ze swoimi dziećmi. Całe gniazdo ich tam było.

— Dajcie mu spokój, niech sobie idzie — powiedział gospodarz. — To przecież tylko wąż wodny, nie jadowity, po cóż go zabijać.

Posłuchali go kosiarze. Zaskroniec zabrał się ze swoją rodziną i skrył się w niezapominajkach nad rowem.

Wieczorem gospodarz wziął kosę na ramię i poszedł wzdłuż rowu ku swojej zagrodzie. Wtem patrzy: na ścieżkę wypełzł ten sam wąż-, podnosi łeb i syczy:

— Stój! Uratowałeś mi życie, ocaliłeś moje dzieci. Żądaj, czego chcesz, a dam ci.

— I cóż ty mi możesz dać, nędzny gadzie? — zaśmiał się chłop. — Chyba pijawkę albo ździebełko zielonej rzęsy. A może kijankę?

— Nie drwij ze mnie — zasyczał wąż — bo wielka jest moja moc. Mogę otworzyć przed tobą wszystkie skarby świata. Mogę dać ci długie życie. Mogę tak ci słuch wyostrzyć, że będziesz słyszał, co myśli twoja żona. Albo będziesz rozumiał, co mówią zwierzęta. Wybieraj.

Chłop poskrobał się za uchem, pomyślał i mówi:

— Bogactwa mi nie trzeba, starczy mi tego, co mam. Nie chcę być próżniakiem, więc na co mi skarby? Co do życia, to niech tam Pan Bóg sam rozsądzi, czy ono ma być długie, czy krótkie. Powiadasz, że mógłbym słyszeć, co myśli moja żona. Co mi z tego, kiedy ja wiem, że nie myśli nic mądrego. Bo myśli gonią się w niej jak zające, żadnej nie zatrzyma. Ale miałem zawsze chętkę, żeby zrozumieć zwierzęcą mowę. Pies szczeka, kot miauczy, koń rży czy kura gdacze, a ja sobie myślę: co też one gadają między sobą? Więc jeżeli możesz, wężu, to mi otwórz rozum na ich mowę.

— Móc to mogę — mówi wąż — ale najpierw muszę cię pocałować.

Chłop cofnął się ze wstrętem.

— Nie bój się — uspokajał go wąż. — Jestem twoim przyjacielem.

Gospodarz miał okrutną ochotę na to rozumienie zwierząt, więc westchnął tylko, nachylił się do węża i powiedział:

— No to już pocałuj, jak masz całować, byłeś nie ugryzł, pamiętaj !

Raz, dwa — wąż owinął mu się dookoła szyi i zanim chłop się opatrzył, wąż pocałował go w same usta. Brrr... wstrząsnął się gospodarz ze strachu i obrzydzenia, ale już było po wszystkim.

Wąż zsunął się w trawę i zasyczał:

— Nie mów nikomu, że rozumiesz zwierzęcą mowę! Jak o tym piśniesz choć słówko, to w jednej chwili umrzesz.

Syknął, świsnął i znikł w gąszczu nad rowem.

Idzie chłop dalej i myśli: "ciekaw jestem, czy naprawdę zrozumiem, co mówią zwierzęta?"

Mijał bajoro, w którym rozłożyła się świnia. Świnia coś tam chrumka, a z rowu obok jakiś cienki głosik jej odpowiada.

— Ach, ty świnio umazana — popiskuje maleńki ciernik wysuwa pyszczek z wody. — Nie wstyd ci tak zawsze tarzać się w błocie? Ja wciąż myję się i myję i popatrz, jaki jestem czyściutki.

Świnia chrumka i chrusika pogardliwie:

— Patrzcie mi, co za elegancik! Sam siebie umiesz chwalić, ale ludzie nie pochwalą ciebie tak, jak mnie. Kiedy zrobią ze mnie kiełbasę, to aż palce obliżą, taka będzie smakowita. A tyś chudy, mały i kolec masz na grzbiecie, kto cię pochwali?

— Ja wolę, żeby mnie ludzie nie chwalili, bo wcale nie mam ochoty iść na patelnię! — pisnął ciernik.

Roześmiał się chłop.

Idzie dalej, a tu już i jego zagroda. Patrzy, pełno wróbli siedzi na czereśni i tak sobie ćwierkają:

— Czer, czer, ćwir, ćwir, patrz, patrz, patrz! Idzie nasz gospodarz, zaraz nas spędzi z czer, czer, czereśni...

— A nie, a nie, to dobry człowiek, czek, czek, czek! Nie odpędza, nie straszy, nie żałuje nam ziarna na klepisku ani czer, czereśni...

— Za to jego sąsiad zły, bo nas łapie, smaży, zjada. Zły, zły, zły!

— Zostawimy gospodarzowi czer, czer, czereśnie! A tam u sąsiada oskubiemy czer, czer, czereśnie!

Frrr... poleciał ble do ogrodu sąsiada.

Chłop wchodzi na swoje podwórko, a tu pies wybiega mu na spotkanie.

— Hau, hau, witaj gospodarzu kochany. Pogłaskaj mnie, daj rękę polizać, hau, hau! Takem się za tobą stęsknił.

Kogut zapiał z płota:

— Dododobry gospodaaarz!

— Za co go chwalisz? — zagdakała siwa kurka czubatka. — On potrafi tylko człapać po podwórzu. Gospodyni lepsza, bo nas karmi i poi.

— Kokodak, tururu! — wrzasnęła siodłatka. — Kogut to też leń, leń, leń! Jajek nie niesie, kurcząt nie wodzi, tylko pieje i ogonem trzęsie.

— Będziecie cicho, jędze rozgdakane?! — wrzasnął kogut,, trzepiąc skrzydłami i grożąc dziobem. — Żeby nie gospodarz, pomarlibyśmy z głodu. Gospodyni nie miałaby nas czym karmić. On orze, sieje, kosi, młóci. Ważniejszy jest gospodarz!

Wchodzi chłop do sieni i śmieje się. A choć żona pyta i pyta, z czego — mąż nic nie odpowiada.

Odstawił kosę, przysiadł na progu i odpoczywa.

Wół, co od rana orał ugór, też się zmęczył. Położył się w oborze na słomie i drzemie.

Ale kozioł cały dzień próżnował, wysypiał się na pastwisku, jadł i figlował z kozami, więc nie ma po czym odpoczywać i żarty go się trzymają. Podszedł z tyłu do wołu i kopnął go potężnie.

Wół drgnął i zamyczał:

— Muuuu...

Kozioł trzęsie brodą i przedrzeźnia go:

— Meeee...

— Cicho, capie — powiada wół. — Daj mi odpocząć. Jutro każą mi znów pług ciągnąć. To ciężka praca, nie zabawa.

— Jaka tam praca? Spacerujesz sobie po polu i tyle. To przyjemnie i zdrowo.

— Więc czemu ty tak nie pospacerujesz z pługiem?

— Bo mnie nikt nie zaprzęga.

— Ja to bym chciał, żeby mnie kiedy nie zaprzęgli — westchnął wół.

Kozioł przekrzywił łeb i popatrzył na niego drwiąco.

— Męczysz się i pracujesz, boś głupi. Ja ci poradzę, jak masz zrobić. Kiedy rano parobek przyjdzie po ciebie, wywal ozór, wytrzeszcz oczy i leż z wyciągniętymi nogami. Ludzie pomyślą, żeś ciężko zachorował i dadzą ci spokój.

Drzwi od obory był otwarte i gospodarz słyszał całą tę rozmowę. Ale nic nie powiedział, tylko wstał i poszedł do chaty.

— Czego się tak uśmiechasz pod wąsem ? — zapytała żona. — Powiedz zaraz, bo umrę z ciekawości.

— E, jakby się z ciekawości umierało, to byś już dawno leżała w grobie — odpowiedział mąż. — Mam na gospodarstwie spryciarza, ale mu pokażę, żem sprytniejszy od niego.

Nazajutrz z samego rana gospodyni wzięła skopek i poszła do obory doić krowę. Ledwo wyszła z chaty, a już pędzi z powrotem:

— Lećże, mężu, prędzej do obory, bo wół zdycha!

— Nie bój się, nic mu nie będzie — powiada chłop i idzie do obory.

Patrzy: wół udaje chorego, jak mu kozioł poradził.

Chłop wyciągnął pług spod przydaszka, wziął kozła za rogi, uczepił mu postronek i mówi do parobka:

— Zakładaj capa do pługa. Dzisiaj on będzie orał, bo wół chory.

Kozioł przerażony takim obrotem sprawy chciał się wyrwać, ale parobek zdzielił go prętem przez grzbiet, zabrał w pole i kazał orać.

Co tam było śmiechu! Kozioł orał, orał, aż mu pot kapał z brody, a ledwo połowę jednej skibki zaorał do południa.

W obiad sam gospodarz przyszedł z łąki od koszenia, żeby zobaczyć, jak się sprawia cap. Wyprzągł go i puścił na pastwisko między kozy, a sam poszedł z parobkiem do chaty jeść.

Kozioł się bał, że po południu znów założą go do pługa, więc nawet trawki nie szczypnął, tylko hop! hop! pobiegł na wieś, do obory.

Stanął nad śpiącym wołem, poskrobał go delikatnie kopytkiem, popłakuje, wzdycha i prosi pokornie:

— Meee, przyjacielu najdroższy, wołeczku mój śliczny! Robiłem, com mógł, żeby ciebie zastąpić, bo chciałem, żebyś sobie odpoczął, kochany biedaku. Czyś się już wyspał?

— Jeszcze nie — mruknął wół i ziewnął.

— Dośpisz resztę w nocy, a teraz chodź orać, mój ty wołeczku najmilszy! Ja już ledwo żyję, to taka ciężka robota.

— Mhm — mruknął rozespany wół. — A mówiłeś, że to spacerek.

Otworzył jedno oko, potem drugie. Przeciągnął się i wstał. Taki już był dobroduszny.

Zdziwiła się gospodyni, że wół tak nagle wyzdrowiał i poszedł orać. Kiedy wieczorem chłop wrócił od roboty, żona zapytała go:

— Skądeś ty wiedział, mężu, że wół nie zdechnie i nic mu nie będzie?

— Nie mogę ci powiedzieć, bo bym zaraz umarł.

Te słowa jeszcze bardziej rozciekawiły żonę. Jak by tu się dowiedzieć?

Chłop usiadł na ławie przed chatą.

Obok leżała kotka z kociętami. Kiedy się nassały, zaczęła je uczyć:

— Pamiętajcie, dzieci, że myszy są bardzo czujne. Kiedy czatujecie koło ich norki, siedźcie cichutko. A łapki i pyszczki dobrze przedtem wyliżcie, żeby was myszy nie zwąchały.

Wtem dała jednemu z kociaków klapsa po nosie:

— Mruczusiu, nie śpij na lekcji, tylko uważaj, co mówię! Dziś będę was uczyć, jak się łazi po drzewach i poluje na ptaki. Ale gospodarz na to nie pozwala, więc musimy poczekać, aż sobie pójdzie.

Chłop wstał i zawołał do żony przez okno:

— Idę napoić inwentarz. A ty uważaj, bo kotka się szykuje polować na ptaki.

Baba patrzy: przecież kotka leży spokojnie. Więc woła za mężem:

— Skąd wiesz?

— Nie powiem, bo mi się jeszcze nie chce umierać.

Kobieta z ciekawości nie mogła usiedzieć nad obieraniem ziemniaków. Biegała tu i tam, jakby ją coś piekło. Jak sekret wycyganić?

Przypomniała sobie, co jej kiedyś mówiła matka nieboszczka:

— Polak zły, póki głodny.

Narobiła zaraz pierogów z serem, pplała je śmietaną, usmażyła całą miskę jajecznicy ze skwarkami i jeszcze na dodatek kiełbasy z cebulą. Było tego jak na dziesięć osób, a wszystko tłusto omaszczone.

Zastawiła pełen stół. Pośrodku stała butelka wiśniaku własnej roboty.

— Co to, goście idą? — spytał mąż zdziwiony, kiedy wrócił z obory.

— Nie goście, mój Maciusiu, tylko widzę, że ci coś dolega. Jak się najesz, to ci prędzej przejdzie.

— Uwidziało ci się.

— Kiedy ja widzę, żeś się odmienił, zrobiłeś się jakiś niesamowity. Wciąż się uśmiechasz, słuchasz czegoś, jakby powietrze do ciebie gadało.

Chłop machnął ręką:

— Co z tego? Nic mi nie jest. świat jest ten sam i ja na nim ten sam, choroby żadnej nie czuję. Ale zjeść zjem, kiedy dają.

Baba nie dała za wygraną. Nalała kieliszek wiśniaku, przepiła do męża i nuż się do niego przymilać.

— Jedz, mój Maciuniu! Pij, mój Maciuniu! Nieba bym ci rada przychylić, a ty coś przede mną skrywasz. Jakbym wiedziała, czego ci brakuje, to bym wiedziała, jak pomóc i zaradzić. Co to za sekret?

— Jużem ci mówił, że jakbym pisnął choć słówko, to bym musiał zaraz umierać — powiada chłop zajadając ze smakiem. — Nic mi nie brakuje, bądź spokojna.

— E, ty wciąż o tym umieraniu... — mówi żona przymilnie, dokładając mu kiełbasy i dolewając wiśniaku. — Każdy musi raz umrzeć, to nic takiego. Byłeś mi wyznał ten sekret, to potem umierajmy razem, żeby ci było weselej.

Słysząc te słowa chłop aż cmoknął z zadziwienia:

— Cię, cię, jak to mnie żoneczka miłuje! Z ciekawości gotowa posłać mnie na śmierć. No dobrze już, dobrze, tylko wpierw przynieś snopek słomy ze stodoły i rozłóż w kącie. Powiadają, że na słomie umierać lżej.

Baba aż podskoczyła na ławie z radości, że wreszcie się dowie. W całe to umieranie, po prawdzie, nie bardzo wierzyła.

Pobiegła prosto do stodoły.

Tymczasem chłop jadł, pił, a skórki od kiełbasy rzucał psu pod stół.

Ale pies ich nie tknął. Chłop to zauważył i rzucił mu kawałek kiełbasy. Pies i tego nie ruszył, tylko patrzył z politowaniem. Wtem podbiegł kogut i kujnął psa w ogon.

— Wrrr — warknął pies. — Żarty ci w głowie? A tu nasz gospodarz tylko patrzeć, jak umrze. Wtedy mnie wypędzą, a ciebie sprzedadzą Żydom na sądny dzień, bo oni po skończonym poście będą mieli chęć na koguta w rosole, a tyś się pięknie upasł.

— To po co gospodarz słucha żony? — zapiał kogut. — Ona jest zła i głupia, a on robi, co mu baba każe. Ja marn siedem żon i daję sobie z nimi radę, a jego jedna za nos wodzi.

Usłyszała to kura, co siedziała w kącie na jajach. Przewróciło jej się dawno w głowie, bo odkąd gospodyni sama jej podawała ziarno i wodę, byle kwoka nie schodziła z przetaka i nie ziębiła jaj — tej się wydało, że jest w większych łaskach niż inny drób.

Więc gdaknęła zaperzona:

— Najmądrzejsza jest gogogospodyni!

— Najmądrzejsza to nie — powiedział pies. — Ale taka uparta, że i ty, kogucie, nie dałbyś rady takiej żonie.

— Ja bym nie dał rady? — wrzasnął kogut. — Jeszcze by mi sama na siebie mokry sznur przyniosła! Posyła męża na śmierć z ciekawości i mówi, że go kocha. Ja bym jej sprawił takie lanie, że odechciałoby jej się sekretów.

„Nie jestem taki zły człowiek, żebym miał kobietę bić", pomyślał mąż, „ale ją nastraszę, bo jej się należy".

W tej chwili weszła baba ze słomą.

Huknął pięścią w stół i zawołał:

— A teraz przynieś sznur od studni, tylko namocz go porządnie!

— Na co ci mokry sznur?

— Zaraz się dowiesz, tylko przynieś.

Kobieta przyniosła co prędzej sznur i patrzy, co dalej.

— Rozdziewaj się do koszuli!

Baba pomyślała, że mąż każe jej się przebrać na śmierć w odświętną suknię. Zrzuciła, kieckę i chce wyjąć lepszą ze skrzyni, i gorset wyszywany, i korale...

Wtem mąż złożył sznur we czworo i jak nie świśnie nim w powietrzu nad babą:

— Chciałaś poczuć, że masz chłopa w domu? No to zaraz poczujesz, że jeszcze nie umarłem!

Żona z wrzaskiem wyskoczyła z chałupy, biegnie w koszuli przez wieś:

— Gwałtu, rety, mąż chce mnie bić!

Kwoka wyskoczyła za nią, trzepie skrzydłami i gdacze co sił:

— To przez kokokogutaaa!

W chacie został chłop z kogutem i z psem. Jeden pieróg dał psu, drugi rzucił kogutowi, a resztę polał śmietaną i       sam zjadł.

Po jakimś czasie baba wróciła do izby cichutko, odziała się i poszła wydoić krowę.

Sąsiadki śmiały się i mówiły:

— Nie potrafiła dobrego męża uszanować, to może jej się będzie teraz widział lepszy.

Kogut nastroszył się z dumy, wskoczył na płot i zapiał na całe podwórko:

— Uratowałem gospodarzaaa!

 

Следующую сказку на польском языке – «KOGUCI KAMIEŃ» - можно читать в разделе «Книги на польском.

 

французский

испанский

португальский

польский

чешский

словацкий

венгерский

румынский

болгарский

словенский

сербский

хорватский

македонский

иврит

турецкий

арабский

фарси

урду

пушту

молдавский

украинский

белорусский

русский

грузинский

армянский

азербайджанский

узбекский

казахский

киргизский

монгольский

Изучение иностранных языков - новое

Уроки иностранных языков онлайн

Изучение какого иностранного языка сейчас Вас более всего интересует?